Teorie Prozaiczne

Teorie prozaiczne czyli zbiór prozy autorstwa Kozlovsky.pisze. Cykl „Teorie” traktuje o percepcji emocjonalnej, odmianach odczuwania życia i świata.

Refleksyjne, symboliczne i obrazowe formy literackie. W pewnym sensie sporo sensów, ale i rzeczy pozornie nieważnych.

Teoria mgły, teoria ciszy. To co człowiek odczuwa i co przeżywa czasami jest wspólne, a czasami zupełnie rozdzielne… i dlatego dla mnie bywa fascynujące. Wszystko rozłożone w czasie, przestrzeni, a szczególnie we wnętrzu człowieka.

Studnia

W życie i w sen – jak kamień w studnię.
We śnie jest dzień. A ja śpię.
Sennik wylosuje los i życie. Na ślepo.
Puste oczodoły zaglądają w dno.
W studnię zbyt długo patrzeć – nie wolno.
Studnia wtopienia duszy.
Nasłuchuje zimnego echa.
Mnie tu nie ma.
Mnie takiego jak jestem – nie ma.
Nie oddycham.
W studni płaczu i deszczu.
Jestem duszą i studnią.
Wodą w skorupach kamieni.
Wszystko wiem i niczego nie pamiętam.

Teoria tekstury człowieka

Za mną i jakby w sobie, zmoczony ciemnym światłem, w trwaniu po następne. Nie jestem pewien czy czekam, czy wyczekuje, czy się spodziewam, czy chcę – niczego nie jestem pewien w sobie.
Tekstury dni i nocy są poszarpane i ostre – obce i niezrozumiałe. Piękno wymieszane ze strachem, jak woda z błotem.
Zanim nadejdą odpowiedzi i zanim coś się przejaśni. Płonę w swoich oczach, popieleję i niknę. Szybko jest za późno.
Wszystko jest za mną i jeszcze dalej jest w sobie i we mnie.
Odciski ludzi w mojej historii są jak poręcze schodów tak samo na górę i w dół.
Milczę, ale słowa w myśli nie milczą.
To tylko jeden człowiek – ja. Ten jeden taki dla tekstur dni i nocy bez znaczenia.

Płynie

Czas z wiekiem płynie coraz szybciej. Wczoraj szybko się zmierzcha, tak jak jutro już świta.
Jak zamknięcie i otwarcie powiek – jedno mrugnięcie. Na raz świeci słońce, na dwa jest ciemno i nic nie widać.
Kontrasty kroją czarne i białe, po połowie. Na przeszłe i nienadeszłe.
Nie wiem gdzie jestem bo czas płynie coraz szybciej. Tak jak wczoraj, tak i jutro.

Czas z wiekiem płynie… i dym znika w powietrzu. Jak papieros się kończy i gaśnie.

Moje i twoje życie znika za horyzontem – tajemne i pewne.
Za księżycem i słońcem. Za ciemnym oknem i wyglądającym ukradkiem spoza niego człowiekiem

Co się stało, a co nie? Z czasem? Nie wiem.
Milcząco płynie, choć wszystko się przemienia. Spada jak deszcz i schnie.
Wystukuje szybkie kroki na schodach. Biegnie gdzieś?
Czas niezatrzymywalny. Pracowity rzeźbiarz losów.

Ostatnie

Słowa to wszystko co mam. Wiązadła wnętrza z zewnętrzem, transmitery. Wyrażenia o podwyższonej temperaturze . Przykre objawy ludzi niczyich, ludzi nie należących nawet do siebie samych. Ja poza sobą, ja absolutnie, jak obcy ja.

Wyplułem, wykrzyczałem i wypłakałem wszystko. Po tym jest pustka i spokój. Właściwie jest to wspaniałe. Do pustki idziemy, więc obawa przed nicością jest samokłamstwem.

Jak każdy człowiek zostawiam za sobą bałagan. Po spaleniu zostaje popiół, kruchy i znikliwy. Rozpuszczalny w wodzie i powietrzu. Gorzki popiół, to jedyny dowód na to, że coś było. Do najbliższego podmuchu. Spalony już nic nie znaczy, nie ma żadnej właściwości i kształtu.

Uśmiecham się na końcu. Wszystko rozumiem i niczego się nie boję. Przecież skończę z lufą w ustach i krztuszeniem się ze śmiechu przed strzałem. Uśmiechnę się gdy skoczę z okna. Rozpędzę samochód i z uśmiechem spadnę w zgrzyt zgniatanej blachy. Ostatecznie zasnę w jakiejś sparaliżowanej pozie, w jakimś miejscu i jakimś czasie, z uśmiechem. Wyślę miliony uśmiechów przed.

To nie kapitulacja, to nie ucieczka, to nie… nie wiadomo co. Jakoś to sobie nazwiecie. Ten moment ciszy w której nie wiadomo co zrobić. Nawet żal i krzywda kiedyś się kończą i jest to powód do śmiechu. Ja wiem, że w gruncie rzeczy gówno to kogo obchodzi. Nie mam pretensji. To wszystko dla mnie – żebym się ciągle uśmiechał. Łobuzerskie i zarozumiałe.

Czy może to sen? Surrealistyczny i obłąkany? Spocony i suchy w gardle. Jakbym za długo krzyczał, ale przecież byłem cicho… W słowach milczących, których nikt nie chce czytać, bo nikogo nie obejdą. Uśmiecham się bezwiednie. Tak jakbym gołą stopą dotykał lodowatej tafli jeziora.

To morderstwo jest szalone. Nie będzie za nie kary. Ja – jestem mordercą i ofiarą. Słowo w słowo, słowa to wszystko co miałem.

Śmiech ponad słowami.

Teoria deszczu pamięci

Będę pamiętać to co jest teraz. Moja pamięć długa jest krótka. Szczęśliwie. Jestem szczęściarzem. Nie muszę za długo pamiętać. Może te duchy dawne rozpłyną się jak mglista niepogoda. Ile można pamiętać? Lub po co? Miejsca?

Przestałem lubić miasta w których byłem. Przestałem tęsknić za tym co było. Nie znam nowych miejsc do których chciałbym iść. Nie będąc ani tu, ani tam, jestem człowiekiem znikąd. Krainy – nigdy i nigdzie. Jednak nowe dzieje się ciągle i w każdej kropli czasu. Zapominam. Zmazuje krople z szyb.

Niepamięć jest tym co znamy jako wieczność. Wieczność jest poza czasem. Niepamięć jest wymazywaniem zapisu czasu. Dobrze jest nie pamiętać. Bo dobrze jest być wolnym i poza czasem. Co jest ważne? W pajęczynie nieporozumień – nie można stwierdzić jednoznacznie co jest ważne, a co nie. Więc… ważność jest względna i osobista.

Deszcz zdarzeń nie przeminie. Wszystko ma znaczenie i przeznaczenie. Woda spływa po szybie i skórze. Nie przenika, a jedynie moczy.

Deszcz zdarzeń jest wszystkim w czym jest zanurzona istota. Światłem, nocą, wodą, powietrzem, zimnem i ciepłem. Zanurzenie jest tylko byciem w W. Nie jest zmianą w W.

Pamięć obciąża i dociąża, spycha do przeszłości, do stanu dokonanego. Wyrywam z mojej pamięci to co w nią wrasta. Wyrywam razem z korzeniami sięgającymi mojego serca.

Dawność jest czasem martwym i smutnym – całkowicie. Dawność ludzi i miejsc. Nie ma chwil pierwszych, ani ostatnich. Nie muszę pamiętać. Krajobrazy dni i nocy mijają. Czas dociąża mnie do ziemi, do której przecież wrócę.

Pamięć? Zapominanie. Deszcz wysycha, ale przecież kiedyś wróci.

 

fot. kelly sikkema @unsplash

 

Teoria samotności

Cechą bytu jest samotność, zawarta w istnieniu. Samotność, ta szczególnie której człowiek pragnie uniknąć. Tego pozostania sam na sam z człowiekiem, którym jestem. W głębi jesteśmy najsamotniejsi i jedyni, pojedynczy.

To nie jest obawa przed lustrem aby zajrzeć samodzielnie w oczy. To może lęk przed pytaniami, które zadam sobie sam.

Lęk przed samotnością ludzką stworzył Boga i Bogów. Oto zrodzony ze strachu przed milczeniem po niemych pytaniach. Bo pytającym jest człowiek i zawsze będzie to człowiek. Odpowiedzi musi udzielić człowiek. Sobie. Zrozumieć swój sens, zrozumieć go samodzielnie i samotnie. Dla siebie. Pytania są konieczne. Odpowiedzi są trudne albo niemożliwe.

Wszystko jest najpierw samotne. W śmierci jesteśmy samotni, tak jak w narodzinach. Przychodzi ten moment w którym pozostajemy tylko my, choć nie my bo to już nie jest JA.

Bóg jest odpowiedzią na pytania bez odpowiedzi. Tym, że wszystko ma swój niezrozumiały, ale jednak ład i sens. Emanacja boskości jest konceptem bezpieczeństwa. Wyższej opieki nad istnieniem. Odpowiedzią na geometryczną samotność. Receptami z wyrobem placebo na lęki w aptece złudzeń. Pomoże? Być może. Nie zaszkodzi.

Nie ma dowodów na istnienie Bogów – poza księgami i świątyniami. W milionach lat miliony kultów. Wyraźnych i zmytych, zapomnianych i trwałych. Czczonych i wyklętych, uświęconych i przeklętych. Dla obietnicy, że bez samotności przyjdzie prawda i wszystkie odpowiedzi. Człowiek nie będzie już sam na sam. W tej swojej kuli dusznej niepewności wszystkiego. Nie będzie dzieckiem bez nauczyciela. Nie będzie błądzić bo ma drogowskazy. Równania będą się równać. Zło i dobro będą się wzajemnie znosić – tworząc obojętną, neutralną zawiesinę. Stan zerowy.

Wszystko jest i krzywe i symetryczne. I wielorako kształtne. Twórcze i powstałe z istoty. Proste może być tylko ułomne, dopasowane do miary.

Uśmierzanie niepewności jest kojące – zabiera człowieczy strach. Modlitwy ufne i oddane, to cykl kodu do wyższego, nieobecnego… nieistniejącego. W nim jednak ufność złożona i ofiarowana. Wysłana jak łza spadająca na ziemię. Naprawdę może pomóc i pomaga. W swojej samotności mówimy prawdę do posążków i malowideł. I wciąż w tym monologu pozostajemy sami, nasze prośby i modlitwy wstydliwie milkną w ciszy. To tajemnica tajemnic.

Teoria paniki

Wchodzę ale już wiem, że wyjście… chciałbym zamiast wyjść to zniknąć. Bo wyjść nie umiem, wszystko się zamyka i ściska. Jednak wszedłem i stało się. Krążę i czekam, bo może wyjdę tak jak bym chciał, chciał panicznie wyjść i być daleko od tego wejścia bez wyjścia.
Pułapka wejścia – wyjścia. Na wolę spada bezwola. Na nic ucieczka, na nic udawanie, że mnie nie ma. Nie ma wyjścia bez wejścia. I człowieka w środku, człowieka pomiędzy – wejściem i wyjściem. Jestem niestety.
Proszę się cofnąć, proszę czekać, do wyjścia jest kolejka. Nic nie przejdzie spokojnie.
Nie trzeba filmować, wystarczy zwariować. Przecież wyjść jest to tak proste zwyczajnie.

Proste? Nic nie jest łatwe. To czego nie zauważasz może stać się kiedyś dramatem bez wyjścia. Skoro wystarczy tylko wejść. Reszta dziwnie nastąpi sama.

Naprawdę, proszę bez paniki! Bez histerii. Nigdzie nie uciekniesz! Spokojnie, spokojnie, chyba nie umierasz. Do wyjścia jeszcze w gorączce się poczołgasz. Wyjście trwa i torturuje. Koniec to wyjście, ale końca nie widać.
Tu nie ma kontroli. Poznikały wszystkie drzwi. I nie można pilnować czasu, czas się plącze nierytmicznie i niespokojnie. Panicznie i konwulsyjnie. Niepokój stale dozowany jak z kroplówki. Chcę wyjść ale nie mogę się ruszyć. Nic nie jest proste w umyśle bez wyjścia. Co jeśli umrę i nie będę mógł wyjść?

Teoria wszystkiego

Nikogo nie ma. Nikt nie jest potrzebny. Istnienie może istnieć bez nikogo – odbywać, przemijać i trwać jednocześnie.
Istnienie jest emanacją tajemnicy wnętrza życia. Znikanie i wschodzenie. W samotności istnienia oko widzi, ale dusza niczego nie rozumie. Dusza nie rozumie – bo od zawsze wie. Dusza ma tylko receptory nic ponad i nic poza.
Wszystko jest niczym bez istnienia. Nicość absolutna nie-istnieje. Istnienie zapełniono duszami, które na czas życia oślepiono i ogłuszono. Zapewne. Jednoczesne zrozumienie wszystkiego zakończyłoby wszystko. Wszystko jest niczym bez istnienia. Stan pełni i stan pustki – są tak samo szczególne i konkretne. Tak naprawdę to nikogo nie ma? Pojawianie się i znikanie – są tak samo szczególne i konkretne. Nadejście i odejście. Życie i śmierć.
Pomiędzy gasnącymi i wybuchającymi jesteśmy tylko świadkami istnienia wszystkiego.

Wszystko jest zbiorem istnienia i nieistnienia. Algorytmem wzoru, który ciągle jest rozwiązywany. Pisanym wiecznie – bez początku i bez końca. Wszystko jest miłością i nienawiścią, złem i dobrem, śmiercią i życiem.

Skoro nie rozumiesz to jesteś częścią wzoru, części nierozwiązanego algorytmu. Skoro rozumiesz to jesteś także częścią wzoru. To tylko słowa.

Stworzono miliardy słów, zdań i ksiąg. Gdzieś między natchnionymi kartami w niezliczonych archiwach są znaki opisu prawdziwego istnienia. Wszystko jest istnieniem.

Teoria prawdy

Teoria Prawdy - esej - blog pisarski

Wrażliwość zezwala by widzieć i rozumieć więcej. Czułe receptory poznania. Doświadczanie jest pełniejsze, wypłukane z osłony obojętności. Wszystko co się dzieje bardziej dociera. Tak chcemy być bliżej prawdy, ale gdy oczy zobaczą więcej, a uszy usłyszą dokładniej i mocniej, to czy tak lepiej? Rzeczywistość jest zbudowana z miliarda miliardów impulsów, które tworzą wszystko. Nasączasz się wszystkim albo nakładasz ochronne filtry. Wybór nie jest prosty i ma nieodwracalne konsekwencje. To co poczujesz jest nieodwracalne i niezapomniane. Prawda wrażliwości to odczuwanie wszystkiego, po to aby rozumieć. Prawda jest między tym co dobre i złe, i prawda składa się z dobra i zła. I wielu innych.

Wrażliwość to podatność na wszystko, a czy wszystko jest prawdą?

Jak władcy albo niewolnicy musimy decydować. Władca może stać się niewolnikiem swoich wyborów. Niewolnik pragnie stać się władcą.
Myśli nie można uwięzić. Czy ten ktoś w tobie jest tobą? Czy może to byt ulepiony z tego co przyjmujesz i co odrzucasz? Tego z czym się zgadzasz i tego czemu jesteś przeciwko?

Tak naprawdę nie ma środka, ani końca, ani początku. Tkwimy w wirówce, a to co nas otacza nieustannie się zmienia i miesza. Wydaje się, że to linia, ale ona jest okręgiem. Dopiero gdy przychodzi czas ten okrąg stanie się przerwany – być może.

Prawda nie jest wzorem, ani kodeksem. Prawda wyłania się zewsząd i nigdy nie wiemy czy jest czysta i jasna.

Znam wielu poszukiwaczy prawdy. Znam tych, którzy mówią, że ją posiedli. W ostrożnych krokach i biegu co sił gonimy za tym co nas upewni i zapewni. Różnica dusz jest różnicą prawd i nieuniknionym, wielokrotnym dysonansem. Złudnym echem, które oszukuje.

Posiadanie Racji jest pozornym (może błędnym, może nie) usankcjonowaniem rozumienia. Racja nigdy nie jest całościowa i nigdy nie jest absolutna i bezdyskusyjna. Jeśli była by dokonana, a więc zamknięta wtedy poznawanie nie miało by sensu. Poznawanie jest życiem i przeżywaniem. I perspektywą pewnego punktu. Rzeczywistość zbudowana jest z nieskończonej ilości punktów.

Nie ma prawd uniwersalnych. Każda prawda może być kwestionowana, przyjmowana albo odrzucana. I tak się dzieje odkąd człowiek zyskał samoświadomość – przekleństwo i dar jednocześnie. Gdy rozpoczęła się myśl. Wewnętrzny głos ducha, który zadaje pytania i rozprawia w sobie nad odpowiedziami.

Trudu poszukiwań nie można zastąpić ani usprawiedliwić prawdami innymi niż własne. Te własne są zawsze ukryte lub zniekształcone. Prawda nie została zapisana w księdze, księga może być inspiracją i nauką, ale drogę trzeba przejść na własnych nogach. Porządek jest stanem, który trzeba ustanawiać, równowaga to stan uwagi. Prawda to najczystsza świadomość.

Teoria ciszy

Teoria ciszy - proza - kozlovsky.pisze

Jest tak wiele smaków ciszy. Cisza przed krzykiem i cisza po krzyku. Cisza kiedy już wszystko się stało. Jest cisza lęku i cisza wytchnienia. Cisza samotności chcianej albo niechcianej. Cisza przed burzą i cisza po niej. Cisza gór i nieba. Cisza czarno-biała. Chłodna i skwarna. Cisza martwa, cisza wypalona, cisza echa. Cisza przed gniewem. Cisza przed płaczem i śmiechem.

Cisza to tykanie starego zegara. W okna wpadają promienie słońca i oświetlają kurz w powietrzu. Jest cicho i nie ma nikogo. Cisza – bo jeszcze nie wiesz.

Jest martwa cisza i cisza pełna strachu. Cisza taka jak zanurzenie w głębokiej, zimnej wodzie – nagła i tłumiąca. I cisza przed skokiem w przepaść, i cisza spadania. Kiedy niczego nie było, wszystko było ciche i nieme. Jest cisza spokojnego snu, ciepłej nocy. I cisza bezsenności dusznej i złej. Cisza przegranej i cisza krzywdy. Cicha nadzieja i ciche pragnienia. Cisza pokory i dotyk dobrych rąk. W ciszy pojedynczo, bezwzględnie samotnie. Cisza złota i gęsta jak miód. Cisza pomiędzy jednym, a drugim akordem, pauza pomiędzy dźwiękami, na chwilę konieczna. Cisza zanim coś powiem, a później będę już milczeć.

Myśli potrzebują słów – cichych. Słowa kartek żółtych i kruchych. Cisza życia przysypanego śniegiem. Cisza pamięci i zapomnienia. Spokój, który przyszedł.

Cisza w kinie na koniec seansu.