Głowa premiera – fragment książki

Ten cholerny stary zegar tykał i tykał, jakby nie wiedział, że czasu jest ciągle coraz mniej. Wskazówka, którą poruszały skalibrowane trybiki przeskakiwała do kolejnej kreski w kolorze starego złota tarczy. Czas mija i nic z tym nie można zrobić, obojętnie czy chcemy by biegł wolniej albo szybciej. Czas jest podobno nieskończony, ale dla premiera czas był jak kat, który nieubłaganie szybko i wprawnie szykuje stryczek.

Z tego co się narobiło – samo się nie narobiło – to nikt się nie wywinie. – pomyślał przejęty tym okropnym skojarzeniem.
Kusiło go żeby rozwalić ten antyk. Gabinet w którym urzędował już wyglądał jak pobojowisko – rozwalony laptop i potrzaskany telewizor. Nie pozwolił posprzątać. Po co? Zanosiło się na to, że może skończyć jak wielu dyktatorów – wtargną rebelianci, którzy będą mieli dosyć czekania na cokolwiek i wymierzą sami sprawiedliwość. Czy był dyktatorem? Rządził twardą ręką, ale przecież tak trzeba, to nie jest kraj dla miękkich ludzi.

W ciele i umyśle czuł ciągłe zmęczenie, nie pamiętał już kiedy był wypoczęty… głowa była ciężka, powieki piekły, mięśnie napięte i skurczone. Ciągłe przygotowanie do ataku, do walki i obrony. Jeszcze nie chciał uciekać, ale i tak mogło się zdarzyć. W tej ciężkiej, umęczonej głowie trwała gonitwa myśli, pytań, odpowiedzi, tłumaczeń, zaprzeczeń i naiwnych nadziei.
Nie, nie mogę teraz zasnąć bo wtedy jeszcze bardziej skróci się ten mi czas, a mam go za mało. – zmobilizował się – Nie można spać, nie teraz gdy wszystko jest tak fatalne. Kompletna katastrofa. Najgorzej jak może być – straci wszystko czego pragnął. Jak można było do tego dopuścić? Wszystko się w nim gotowało, wrzało jak gorąca smoła. Patrzył w tę cuchnącą, bulgoczącą czerń. Nie chciał, ale patrzył w dno swojej rozpaczy i przegranej. Znów usłyszał tyknięcie zegara i tracił czucie. Tak jakby miał zemdleć.
Obraz się zacierał i ciemniał, dźwięki były głuche jak spod głębokiej wody. Ciężko i źle, duszno, może to już śmierć? Wylew? Może to ostatnie chwile?

Zmusił się by otworzyć oczy, a dalej mimo to zapadał się, zwalniał i nie mógł się prawie poruszać. Tak jakby ktoś go wepchnął w gęste błoto. Zamknął oczy… przez chwilę nie będzie walczyć, podda się na trochę, może choć przez sekundę odpocznie. Dziesięć wdechów i otworzy powieki. Policzę… raz, dwa, trzyyy… sześć… nie było siły nawet na to.
Chciał się znaleźć gdzie indziej – jak dziecko, które zamyka oczy i ma nadzieję, że to co straszne to zniknie. Raz, dwa, trzy… siedem, osiem, dziesięć. Już. Otwórz oczy.
Teraz było jasno, zbyt jasno, właściwie oślepiająco jak w zimowy poranek.
Ocknął się. Był oszołomiony i zdezorientowany, zupełnie przebudzony jakby ktoś wylał wiadro zimnej wody. Umysł i świadomość przyjęły nowy obraz świata i nie zadawały pytań: skąd się tu wziął i dlaczego.
Zrozumiał to co ma się stać, tak właśnie musiało się stać, przecież wiedział to już wcześniej. Teraz? Tak, teraz. Koniec. Czas na wyrok.

Nie był już panem swojego świata, przywódcą państwa, które dla niego było jego własnością – bo mógł z tym królestwem zrobić wszystko. A teraz jest bezradny i sam, jest nikim. Upokorzenie, upadek i strach, opuszczenie i zapomnienie. Pozbawiony mocy.
– Upadek jest dla każdego. – usłyszał głos, jakby skądś go… znał – Bo każdy musi upaść. To nieuniknione doświadczenie. Ważne jest to kim był przed upadkiem i czy będzie jeszcze kimś po upadku… kimkolwiek. – pauza – Tak. Niewiele wiesz, a wydawało się, że panujesz nad wszystkim. A tu co? Upadek.

Dookoła betonowe, szare ściany, jedno małe okno z grubymi kratami zza których wypływała poszatkowana jasność. To więzienie. Tak. Więc zasnąłem i już… jestem teraz w więzieniu. Niczego nie pamiętał co było pomiędzy. Może skazano go zaocznie? Albo stracił pamięć? Co to ma za znaczenie teraz. Przeciągnął dłonią po suchych ustach.
– Wiem wszystko i o wszystkim Premierze. – zobaczył wreszcie postać – to Poniatowski, który zjawił się jak duch. Senator Poniatowski. Uśmiechał się spokojny i zadowolony – Teraz to już wie każdy. Cała twoja przyszłość właśnie się kończy. Koniec kariery, występów, zaszczytów i tej narkotycznej władzy. In finem coronat opus? – roześmiał się głośno – Co za bzdury! Ten twój opus premierze… co to ma kurwa być? Hahaha! Opus sropus! Hahaha!

Poniatowski – tak pamiętał go – siwy, taki dobrotliwy, poczciwy i głupkowaty senator. Ubrany w ciemny, dopasowany garnitur, śnieżnobiała koszula i do tego ta jego pedalska arystokratyczna apażka, która maskowała jego zwisającą indyczą skórę na szyi – oznakę starości. Premiera mierził ten niby wyszukany styl i ten sygnet jeszcze. Senator stał rozbawiony z założonymi rękoma i lekko się kiwał na obcasach drogich lśniących skórzanych butów. Skrzypiały przy każdym ruchu jak oficerki.
W historii zapiszesz się jako przywódca rządu skazany na śmierć. Tak i tylko tak zostaniesz zapamiętany. Jako polityk, człowiek podły, nikczemny, kłamliwy, pazerny i bezwzględny. Mały człowiek o wielkich ambicjach. Pan tego cyrku, tej hołoty, rozpasanej i okrutnej. Twoich polityków, urzędników, poddanych, zaufanych dupolizów. Ty i oni jesteście z jednego rodzaju łajna. I tak powinniście skończyć – jako nawóz. Taki z was będzie pożytek. Inni was nie obchodzili… dostaliście władzę i dbaliście tylko o siebie… tylko i wyłącznie o siebie.
Premier zatrząsł się z zimna i oburzenia. Gorączkowy dreszcz, zimny i mokry od potu. Bezczelny typ – taki nikt, takie byle co, go poucza! Czuł się strasznie, nigdy czegoś takiego nie doświadczył. Jeszcze kilka chwil wcześniej mógłby zadeptać Poniatowskiego jak robaka na podłodze. Ot tak bez wysiłku, przez przypadek albo z nudy. Ale teraz tylko stał przed nim i mógł tylko próbować się bronić. Premier wiedział, że Poniatowski wie wszystko. Teraz to on władzę nad nim. Opuścił głowę i z wysiłkiem podniósł znów patrząc na swojego prześladowcę.

– Przecież byłeś jednym z nas… więc jak możesz mówić takie rzeczy? Ty nie miałeś ambicji? Nie chciałeś czegoś? A może chcesz mnie zastąpić? Wiesz, że to niemożliwe! – i zdał sobie w jednej chwili sprawę jak żałośnie to brzmi.
– Naprawdę tak uważasz? Że byłem częścią tego twojego świata? Daj spokój, tacy jak ja są wyłącznie bo musi się zgadzać liczba głosów i mandatów i wpływow. Zajmujemy krzesła i miejsce na sali, ale sami z siebie nie mamy żadnego znaczenia. Guziczki do głosowań i przemów, które zwykle nikogo nie obchodzą. – Poniatowski wsunął ręce do kieszeni – Oczywiście, masz rację, nic za darmo. My też się wygodnie umościliśmy w tym teatrze pozorów. Ale znaczenia – pokręcił głową – nie mamy żadnego. Polityka rozgrywa się tylko przy stole gdzie zasiada tylko parę osób, reszta to mało ważni statyści. No dobrze… przyznaję my też jesteśmy świniami za darmo niczego nie ma. Ale cóż znaczą winy takich pionków jak ja? Przy tobie jestem czysty jak dziewica. Nam wybaczą… tobie nie.

Premier nie mógł zamknąć oczu, były ołowiane i zmęczone, ale jakby zamurowane, nie mrugał powiekami. To była prawda. Poniatowski nikogo nie obchodził. Nie grał w I lidze, nie należał ani do faworytów, ani do przeciwników Premiera. Niegroźny i nieważny, w drobnych sprawach zawsze dało się z nim dogadać i to była jego zaleta. Żaden tam ideowiec czy oszołom. Dostał swoją dolę i robił co trzeba. Senator gładził się po zadbanych wąsach. Szlachcic pierdolony.

– Prawda, tak to jest prawda – uśmiechnął się smutno premier – Ale czy ty masz prawo mnie osądzać? Kto ci je dał?! – wrzasnął gniewnie
– Przecież wiesz kto. Zrobiłem sondę w internecie – wyjął z kieszeni marynarki komórkę i pokazał wykres – wszyscy są na TAK. Zobacz.
Wytrzeszczone oczy premiera były tak rozwarte jakby miały zaraz wylecieć z czaszki. Przełknął gorzką ślinę. Co to kurwa ma być? Jak to możliwe? Jaka sonda? Co on pieprzy!
– Jak to wszyscy? Jacy wszyscy?
– No wszyscy, każdy obywatel. Więc nawet gdybym chciał cię oszczędzić. – Poniatowski komicznie wzruszył ramionami – To taka jest wola narodu.

Znów się zakołysał i zaskrzypiał butami.

– No to co? Koniec? Nie ma na co czekać. Ludzie – mówię ci – nie chcą czekać. – zaśmiał się i pokręcił głową – Wiesz co? Widzę, że straciłeś już głowę. To ją ci teraz zetnę! Żebyś się nie męczył już. Tak zrobię… – wyraźnie poweselał, oczy rozbłysły mu diabolicznym blaskiem, ale za to jakby światło z okna spochmurniało. – Nie masz już do tego po prostu głowy! Wszyscy to widzą. Hahahaha! Ciach!
Błysk ostrej stali przeciął szyję premiera. Tyle zarejestrował. Nie czuł bólu. Dziwne. Może jeśli jest tak szybko to nic nie boli?
W jednej sekundzie głowa Premiera upadła bezwładnie jak arbuz na ziemię. Jeszcze jakby żył, myślał. Dziwne, że nic nie czuł – tego nie się spodziewał. Tylko nieprzyjemną wilgoć w ustach. To była ślina, wypływała strużką z otwartych warg. Chciał odruchowo wytrzeć… ale nie miał już rąk, ani niczego… nie miał reszty ciała. Tylko głowa. Krzyknął bezradnie i żałośnie. Poczuł się zawstydzony bo był to właściwie dziecięcy pisk.

Poniatowski pochylił się i ze śmiechem patrzył mu w oczy, a te były wraz ze ściętą głową na boku tuż przy podłodze.
– Ale wyglądasz… głupio. Dziwnie – chyba już nikomu nie będziesz się teraz podobać.

Senator śmiał się i śmiał, jak z najlepszej komedii. Premier jeszcze bardziej się zagotował w środku.
Znów wrzasnął trochę po to aby sprawdzić czy jeszcze może wydać dźwięk. Krótko i głośno, ale teraz po męsku.
Aaaaaa! Potrząsnął głową – może ruszać samą głową! Może! Zamknął oczy… i co teraz? Nie umarł – została głowa, czyli nie wszystko stracone. No ale jak nie? Co zrobić? Uspokój się – przemówił znów sam do siebie. Raz, dwa, trzy… otworzył powieki.
Dookoła było znów ciemno, ale przez szpary rolet okiennic wbijało się jasne światło. To już nie jest cela? Boże co się tu dzieje! Niech ktoś mi kurwa powie co się dzieje!

– Panie premierze! – poczuł, że ktoś nim delikatnie potrząsa, ale delikatnie – Paaaanie premierze! Panie…
Uniósł głowę do góry. Może ją unieść! Do góry głowę! Co za ulga! Ale jak to możliwe? Poczuł, że ma władzę nad swoją głową… skoro tak to może ona i jest połączona z resztą ciała?! Spojrzał do góry, ale zobaczył sufit. Ale czuł całe ciało, ręce, brzuch, nogi. Wszystko jest! Przy biurku stała jego sekretarka – naprężona jak struna – jak wojskowy adiutant. Zamrugał powiekami. Wierzchem dłoni wytarł ślinę z ust.

– Powinien pan pójść wypocząć do domu… jest pan w gabinecie od 3 dni.
– Co? Gdzie jest Poniatowski? Gdzie jest ten skurwysyn?!
– Zasnął pan i krzyczał przez sen.
To był sen? Jaki straszny i rzeczywisty. Boże – ja już wariuję – pomyślał, zamkną mnie w zakładzie dla psychicznie chorych.
– Podać coś panu? – zapytała sekretarka
– Nie. Niech pani idzie…
– Może trzeba tu posprzątać? – spojrzała na porozrzucane kartki, filiżanki, stłuczony ekran laptopa łamał odbicie tego całego syfu.

Sekretarka postawiła na biurku puszkę Red Bulla i szybko odeszła wbijając wzrok w podłogę.
To już 3 doby. Bał się wyjść z gabinetu. Nie chciał wracać do domu, tu jeszcze był bezpieczny. Przynajmniej na razie. Co za koszmar.
Ale jawa nie była dużo lepsza. Wszystko było okropne, ani chwili ulgi, ani odrobiny wytchnienia. Wszystko go bolało. Oparł się plecami o fotel i poczuł jak koszula przykleja się do pleców.
Świat się kończył, a piekło czekało. Wypił zachłannie pół puszki landrynkowego energetyka. Kawa już mu nie pomagała, nie działała, nie chciał brać kokainy, mógłby przesadzić.
Komórka piszczała na skraju rozładowania, położył ją na biurku w miejscu w którym pod blatem był system ładowania bezprzewodowego.
Przesunął po ekranie i odblokował smartfona. Film w przeglądarce, odświeżył i spojrzał na licznik. 30 milionów widzów. Transmisja zakończona – można ponownie odtworzyć materiał video. 19 milionów łapek w górę. Takich wyników nie ma żadna gwiazda.

Tytuł: Senator RP wyjawia całą prawdę o polskich politykach!
Najgorętszy tytuł ubiegłej doby i zapowiedź kolejnego za materiału 24h.
Jak to w ogóle możliwe? Przecież cała logika i system władzy polega na tym, że każdy jest mniej lub bardziej zależny od kogoś. Każdego można kupić albo zastraszyć, najlepiej połączyć te dwie kombinacje. Nie ma opcji żeby polityk nie miał niczego brudnego w życiorysie. I po to są służby by premier wiedział jak kontrolować polityków, zarówno tych, którzy popierają rząd, jak i tych przeciw. Tak naprawdę nikt nie jest przeciw – tylko ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. Walka polityczna polega na układach i pozorach. Oczywiście najlepsi są tacy, którzy wierzą w jakiś cel albo misję. Pacynki, które wystawia się by robiły teatrzyk. A to ktoś pokrzyczy o wojskowości, ktoś inny o unii europejskiej (ci są najlepsi bo nie robiąc nic zrobią wszystko by wyglądało na to, że są zaangażowani i ważni). Inny o prawach mniejszości seksualnych… a zaraz po tym o aborcji, albo nadmiernym wpływie kościoła. Polityka to tylko emocje dla ludu. Im więcej sporów, tym większe korzyści.
Każdego można kontrolować! Każdego! Jeszcze dzień się nie rozpoczął, mimo to informacje już są pisane, drukowane, wrzucane wszędzie gdzie się da.
Afera z jednym politykiem czy kilkoma to by jeszcze jakoś się rozeszło, kilka dni, jakieś decyzje o konsekwencjach, w najgorszym razie dymisja. A po pewnym czasie takiego aferała ulokowało się w spółce i dalej był lojalny i jeszcze bardziej wdzięczny. Co z tego, że niczego nie potrafił. Praktycznie każdy polityk niewiele potrafi, to jedyne zajęcie w którym nie trzeba mieć udokumentowanych kwalifikacji czy doświadczeń. No może poza ministrem zdrowia, który dla estetyki i moralności musi być dyplomowanym lekarzem.

Premier zdjął koszulę – śmierdziała i była wilgotna. Podszedł do okna.
Autobusy i tramwaje hałasowały jak zwykle. Jeszcze kilka chwil i kierowcy będą kląć na korki i wściekać się generalnie na wszystko.
Na parkingu stała taksówka Pana Zbyszka. Najważniejsi politycy jeździli limuzynami, ale jeśli ktoś chciał się wymknąć bez zbędnej sensacji wtedy Zbychu był najlepszy.
Premier podszedł do szafy i wyjął czystą koszulę. Nie było tu łazienki i prysznica, a do willi rządowej nie chciał jechać, dziennikarze pewnie już się czają za każdym rogiem, a i pewnie czekają przed willą w krzakach.
Pogoń za newsami, a ta sytuacja to było gorsze niż pęknięcie rurociągu z gównem.
Jakie będą tytuły? Uprowadzony senator obnaża degenerację całego świata polityki. Wybrańcy ludu to złodzieje, zboczeńcy i idioci! Kto może ich osądzić?