Poezja

Dość głupi wiersz o miłości

Ja proszę Pani nie znam się na miłości,
Mnie ona zupełnie nie wychodzi.
Do miłości nie mam serca wcale,
Uczucia mam takie rozmazane.

Te westchnienia i czekania – to na nic,
I dłużący się czas – tak proszę Pani.
Bo to tak szybko przechodzi,
Tyle by na odrobinę w duszy zamącić.

Świeczki i ciastka, kawy i winka,
A biometria naszych serc jest inna.
I pani tak to przeżywa i jest nieszczęśliwa,
Ja do tego nie mam serca, a Pani psuje się makijaż.

Połączenia ze sobą mamy nieodebrane,
Ja dzwonów i dzwonków nie słyszałem.
Na miłości nie znam się wcale,
Ale właściwie jest mi z tym fajnie.

Cisza ojca

Wbrew sobie wyglądam wzroku ojca
a jego nie ma – jeszcze nie wrócił i nie wróci
dawno jakby prawie nie istniał i tak czekam niepotrzebnie i czekam

Nie zostawił mi rad, których i tak bym przecież nie słuchał
nic mi nie powiedział z wyjątkiem kilku słów
z uśmiechem zostawił wszystko i wszystkich

W pamięci nie odzywa się, tylko uśmiecha i czeka
może na mnie?
ja zawsze czekałem na niego

Mój Bóg, mój Ojciec – milczy. Cóż dziś mógłby mi powiedzieć.
za linią nieobecności i zamkniętym końcem
wystudzonym wszystkim albo zeschłym

We wzroku ojca lśnią jasne ogniki – ciekawe i żywe
i ciche.

Studnia

W życie i w sen – jak kamień w studnię.
We śnie jest dzień. A ja śpię.
Sennik wylosuje los i życie. Na ślepo.
Puste oczodoły zaglądają w dno.
W studnię zbyt długo patrzeć – nie wolno.
Studnia wtopienia duszy.
Nasłuchuje zimnego echa.
Mnie tu nie ma.
Mnie takiego jak jestem – nie ma.
Nie oddycham.
W studni płaczu i deszczu.
Jestem duszą i studnią.
Wodą w skorupach kamieni.
Wszystko wiem i niczego nie pamiętam.

Nocny kot w twoim śnie

Codziennie zaparzam kawę w kawiarce, wlewam ją do jednego z wielu codziennych kubków.

Codziennie zapalam papierosa i czuje, że każdego dnia jest codziennie.
Niektóre codzienności są szczęśliwsze od innych.

Czas płynie od jakiegoś nieświadomego początku.
Codziennie jest rano i codziennie jest noc. Jutro i wczoraj.

Uzupełniam codzienność o nowy zapas kawy… żeby następnego dnia było codziennie.
I raz na jakiś czas tę codzienność rozbije upuszczony kubek.
Ubytek z krótkim smutkiem, miał dość codzienności.

Wszystko już było. Dla niepoznaki trochę zmienione.

Rzeka wypłukuje kamienie. Jesteś kamieniem czy rzeką albo drzewem wykrzywionym wiatrami.

Uparcie czekamy w jakimś dziecinnym strachu na nowe, ale nie, nie… jest codziennie.
Kolejna zmarszczka wyryje się w skórze, jak nocny kot w twoim śnie łażący po dachu wydrapie pazurem rysę na twarzy.

Spokojnie z zamkniętymi oczami – co będzie to będzie.
Wiatr wieje, rzeka płynie, kot wróci na dach nocą.