opowiadanie twórcze

Opowiadanie twórcze – inaczej podróż w słowa, skojarzenia, oceny, perspektywy i ludzkie emocje. Tworzę – więc żyje.

Tort ze spirytusem – opowiadnie

Mig, tort i spirytus

Tymczasem były prezydent i jego następca po następcy na obchodach Wolności i Solidarności spozierali na biało czerwony tort. Były pochylił się do drugiego byłego by szepnąć mu do ucha.

– Jakiś śmieszny ten tort, za moich czasów byłby cały czerwony.
– No za mojej kadencji był cały czekoladowy, na bogato i wesoło. – drugi prezydent wyraźnie pojaśniał na obliczu
– Chyba biszkopt nasączyli jakimś alkoholem? Jak myślisz? – lekko zmarszczył brwi w namyśle
– W taki upał? Chyba nie. Poza tym czy to by wypadało…
– Ech pamiętam w Moskwie. Tam krem i biszkopty były ze spirytusem… i to takim najczystszym – Migi 25 miały to w układzie chłodzącym. Dobry radziecki spiryt.
– Mnie smakuje tylko piwo.

Były prezydent uśmiechnął się z politowaniem i zamknął oczy. Tyle dobrych wspomnień. Co za czasy. Człowiek był młody i wszystko mógł. A dziś uśmiechanie się z tymi pierdołami – snują wspomnienia jak konspirowali, jak tam powielacz się zacinał i że wreszcie wolna Polska.

Gdyby nie było komuny to nie byłoby Solidarności i europejskiego kapitalizmu. Przecież ta cała Europa to to samo co wtedy – tylko przywódców mają takich, że wszystko potrafią… no niczego nie potrafią trzymać za pysk! Tak jak trzeba!

– Panie prezydencie… – chyba skądś ten głos znam pomyślał i odwrócił się

Arcybiskup stał i się uśmiechał, było widać upływ lat – posiwiał. Wyciągnął ręce w geście powitania.

– Może byśmy coś… – mrugnął
– O nie, nie… nie – mam chorobę kolana.
– Aj tam kieliszeczek wódeczki – hierarcha nie odpuszczał
– Pamiętam ja ten kieliszeczek… i jeszcze kieliszeczek i na jedną nóżkę, na piątą. A później musiałem się tak skupiać na tym cmentarzu żeby nie było widać, że wypity jestem. Co ja później przez to miałem…
– Ależ niech nie będzie pan jak ministrant…

Prezydent niegrzecznie odwrócił się i odszedł. Nie musi się już umizgiwać do takich. Tyle im dał za swoich rządów, a i tak mało. Ech wymęczyli mnie wtedy strasznie. 2 kadencje – ale podobno ludzie mnie dobrze wspominają. I co z tego?

Krótka ballada o Jasiu

krótka ballada o Jasiu - opowiadanie twórcze

Jan dawniej zwany Jasiem, a dalej złośliwie głupim Jasiem. Jan był człowiekiem, któremu los nie dał nic ponad humor i intelekt. Ani urody, ani szczęścia, nawet odrobiny życiowego farta. Choć poobijany i wiecznie przepity to wpisał się w historie na zawsze. Może to komuś wydawać się wręcz niesprawiedliwe, ale Jan zwany Jasiem (dla przyjaciół) o nic się nie starał, ani o nic nie zabiegał. I udawało się – nie wszystko, ale na tyle na ile trzeba – żeby było akurat i w sam raz.

Pił, pisał, opowiadał. Zawody, które wykonywał tworzyły zestaw zajęć przypadkowych i mało wyrafinowanych. Zupełnie mu to nie przeszkadzało. Tak miało być i było.
Rozpita Warszawa tuliła się do jego chropowatej powierzchowności. Cóż to za kompan – najlepszy bo życie znał jak mało kto. Aktorem stał się łatwo i przyjemnie – grał siebie i było to cudowne. Każdy tak uważał. I każdy z Jasiem chciał się przyjaźnić i pić i gadać do rana. A jutro na nowo.

Aż nadszedł ten dzień gdy wychylił ostatni kieliszek i już Jasia nie ma.

Wspomnienia i tyle, a jak wspominać to za zdrowie Jasia wypijmy. Jakie życie taki zgon – tararara.

Jaśka zgon nikomu chyba by się nie spodobał. On jednak gdyby mógł powiedziałby coś trafnego i wesołego o swym zejściu z tego łez padołu.

Jan umarł w melinie. I oczywiście tego nie zrozumiecie, że umarł szczęśliwy. Bo wtedy już widział niebo i zorientował się, że wcale nie jest tam tak poważnie i zimno. Bo szczęście mówi wielogłosem… a Jasia głos był chropowaty, a jak coś powiedział to powiedział. Wiem to z pewnością.

Trzeba mieć szczęście żeby napić się wódki i spotkać takiego Jasia. Żeby go spotkać trzeba się pogubić i może nawet chwilowo za ciut dużo wypić.
Jasnym jest, że picie wódki nie jest niczym złym – zwłaszcza jeśli wie się jak i z kim. Z życiem prawdopodobnie jest tak samo… i ze śmiercią również – tylko krócej. Bo żyć za długo i smętnie to też nie jest zbyt dobrze.

O rozmyślaniu przy winie

Po dwóch butelkach białego wina – Rieslinga – można coś sobie wytłumaczyć… właściwie nawet dość spokojnie przetłumaczyć całkiem sporo. Zapaść w tym czasie w melancholię albo wesołe złośliwości. Nie ma jednak takiej ilości wina żeby wytłumaczyć sobie wszystko.

JEST jednak taka ilość wina po której te wątpliwości stają się nieważne i w zasadzie idiotyczne. In Vino Veritas. Krzew winny “żyje” tyle co człowiek. I też może się zdarzyć, że uschnie lub zostanie wyrwany. Dumanie nad światem kończy się zawsze tak samo. W pewnym momencie, w pewnym stężeniu odkrywasz złotą prawdę, myśl doskonałą, która opisuje wszystko i wszystko wyjaśnia. Odnalazłeś mądrość – była tak blisko! I zasypiasz wreszcie szczęśliwy, uniesiony swoją iluminacją. Wyzwoleniem z ciemnoty i zagubienia. Śnisz i lecisz jak ptak, bez celu, liczy się lot. Wznoszenie i wolność. Cudo. Serce bije spokojnie i mocno. Tak!

Nad ranem gdy otworzysz oczy, przypomnisz sobie, że nic nie pamiętasz. Zgubiło się. Jak złoty róg. Spada kurtyna jak w teatrze pachnącym tylko kurzem. Nie ma braw – światła się jeszcze palą, ale i one wkrótce zgasną.

Cała nadzieja w tym, że znów można próbować sobie coś wytłumaczyć… trzeba mieć do tego przynajmniej 2 butelki Rieslinga. I nie za dużo nadziei.

Tylko żebyś nie próbował dialogować sam ze sobą! Jeszcze ktoś usłyszy.

Pan Staszek

Pan Staszek wieczorem wszedł do sklepu. Kupił ćwiartkę wódki i bilet 45 minutowy. Samotna i melancholijna podróż do domu?
Na przystanku kontrolerzy opowiadali sobie kawały… o kontrolerach. Na stałym, lekkim rauszu można przepłynąć (w miarę bezboleśnie) z jednego brzegu na drugi. Słońce wschodzi i zachodzi, tak jak zapalany i gaszony papieros.

Są rzeczy podświadome, są mądrości życiowe, których istnienia nie podejrzewamy. Więc gdy nadjedzie autobus i Pan Staszek usiądzie gdzieś w kącie, wyjmie butelkę i przełknie gorzką i ciepławą ciecz.

Wzrok melancholijnie zajmą obrazy nocnych sklepów, chodników, ludzi. Autobus, czas, wódka, przystanki. Niby czeka na ten swój przystanek, ale… przecież jutro wieczorem wejdzie do sklepu i kupi ćwiartkę wódki oraz bilet 45 minutowy.

Kebab polski

Warszawska kebabownia na niewielkiej powierzchni karmi różnych delikwentów. Od smarketerii w typie gimnazjalnym, przez pryszczatych podrostków w dresach Legii), kończąc na wydziaranych w tribale kolesiach rzucających groźne spojrzenia i rozmawiających o czymś za 10 koła.

Założę się o drobiowego na grubym, że zaglądają tu i też mundurowi… ale oni to biorą tylko na wynos. Tygiel kulinarny i społeczny po polsku, bo choć to kebabownia – czyli powiedzmy orient- to jednak polska i jadalna bardziej niż cokolwiek znanego współczesnemu “zasiedleńcowi” Stolicy. Kebab KING of Poland. To nie jedzenie – to styl życia.

Sytuacja tyka nie tylko miasta z Pałacem im. Stalina (przyjaciela wszystkich dzieci) – tak jest od Helu do Ustrzyk Dolnych (czy tam Górnych). Od morza do Tatr. Kebs. Choć przyznaje, że w Tatrach popularniejsza jest pizza… oczywiście z sosem czosnkowym lub obficie polana jeszcze ketchupem. A kwaśnicy ze świcą szukaj u górali.

Kebs forever – najpopularniejsze danie Warszawy.

Twin Praga

U Davida Lyncha w „Twin Peaks” unosi się dym z komina elektrowni (?). Wszędzie mgła i las. W tej kiczowato amerykańsko prowincjonalnej rzeczywistości snują się ludzie i duchy, szalone, pokraczne i niebezpieczne. Miasteczko z gęstą i czarną jak kawa agenta Dale Coopera jest dziwną tajemnicą, a przy tym jeszcze dodatkowo ciasto wiśniowe i niewinny uśmiech (niezłego ziółka w gruncie rzeczy) Laury Palmer.

A tu, teraz i tymczasem… w największej mazurskiej wsi, pewnego wietrznego dnia, na wybiegu dla niedźwiedzi biedny, wyliniały po zimie misiek brunatny przez 30 min człapie 2 metry w jedną, 2 w drugą stronę. Przygnębiające. Po drugiej stronie ruchliwej Alei Solidarności tkwi stary i znany bar mleczny – Rusałka. Miejsce z domowymi obiadkami – tanio, szybko, po polsku, obiad z kompocikiem jak u babci, współczesne mamuśki nie znajo. Tak czy srak, bar… a w kolejce młodzian – twarz nawet sympatyczna i na swój sposób łagodna – trochę taki romantyk, odbiera telefon „…będzie mi pisać apelację, ale nie urwą mi z wyroku”. Na kasie siedzi posiwiała babcinka, która sprawnie przyjmuje zamówienia – steruje ruchem od dawna. Stolik naprzeciw – siedzi karzeł – pan w średnim wieku i kamizelce wędkarza, łyżką stołową zajada budyń z sokiem… pochłania łapczywie i szybko, a później drugi spodek. Rach, ciach i wychodzi ciągnąc za sobą torbę na kółkach. Dziwnie. Naprzeciw baru wiata przystankowa – pochłonęła podobno 3 miliony z kasy miasta. Piękna Cerkiew zdołała odciąć się (i ocalić) od budowli, których zestawienie przypomina sen wariata. Chodnikiem wloką się studenci, szemrane typki, menele i urzędasy średniego (jak można wnosić po wyrazie facjaty i markotnej aurze) szczebla. Można tak w nieskończoność… misiek też zapętlony katatonicznie wykonuje swój 2 metrowy pląs. Twin Praga.