Blog pisarski

Zapiski jednego takiego, który pisze i pisze. Dłuższe i krótsze formy „literackie”.

Głowa premiera – fragment książki

Ten cholerny stary zegar tykał i tykał, jakby nie wiedział, że czasu jest ciągle coraz mniej. Wskazówka, którą poruszały skalibrowane trybiki przeskakiwała do kolejnej kreski w kolorze starego złota tarczy. Czas mija i nic z tym nie można zrobić, obojętnie czy chcemy by biegł wolniej albo szybciej. Czas jest podobno nieskończony, ale dla premiera czas był jak kat, który nieubłaganie szybko i wprawnie szykuje stryczek.

Z tego co się narobiło – samo się nie narobiło – to nikt się nie wywinie. – pomyślał przejęty tym okropnym skojarzeniem.
Kusiło go żeby rozwalić ten antyk. Gabinet w którym urzędował już wyglądał jak pobojowisko – rozwalony laptop i potrzaskany telewizor. Nie pozwolił posprzątać. Po co? Zanosiło się na to, że może skończyć jak wielu dyktatorów – wtargną rebelianci, którzy będą mieli dosyć czekania na cokolwiek i wymierzą sami sprawiedliwość. Czy był dyktatorem? Rządził twardą ręką, ale przecież tak trzeba, to nie jest kraj dla miękkich ludzi.

W ciele i umyśle czuł ciągłe zmęczenie, nie pamiętał już kiedy był wypoczęty… głowa była ciężka, powieki piekły, mięśnie napięte i skurczone. Ciągłe przygotowanie do ataku, do walki i obrony. Jeszcze nie chciał uciekać, ale i tak mogło się zdarzyć. W tej ciężkiej, umęczonej głowie trwała gonitwa myśli, pytań, odpowiedzi, tłumaczeń, zaprzeczeń i naiwnych nadziei.
Nie, nie mogę teraz zasnąć bo wtedy jeszcze bardziej skróci się ten mi czas, a mam go za mało. – zmobilizował się – Nie można spać, nie teraz gdy wszystko jest tak fatalne. Kompletna katastrofa. Najgorzej jak może być – straci wszystko czego pragnął. Jak można było do tego dopuścić? Wszystko się w nim gotowało, wrzało jak gorąca smoła. Patrzył w tę cuchnącą, bulgoczącą czerń. Nie chciał, ale patrzył w dno swojej rozpaczy i przegranej. Znów usłyszał tyknięcie zegara i tracił czucie. Tak jakby miał zemdleć.
Obraz się zacierał i ciemniał, dźwięki były głuche jak spod głębokiej wody. Ciężko i źle, duszno, może to już śmierć? Wylew? Może to ostatnie chwile?

Zmusił się by otworzyć oczy, a dalej mimo to zapadał się, zwalniał i nie mógł się prawie poruszać. Tak jakby ktoś go wepchnął w gęste błoto. Zamknął oczy… przez chwilę nie będzie walczyć, podda się na trochę, może choć przez sekundę odpocznie. Dziesięć wdechów i otworzy powieki. Policzę… raz, dwa, trzyyy… sześć… nie było siły nawet na to.
Chciał się znaleźć gdzie indziej – jak dziecko, które zamyka oczy i ma nadzieję, że to co straszne to zniknie. Raz, dwa, trzy… siedem, osiem, dziesięć. Już. Otwórz oczy.
Teraz było jasno, zbyt jasno, właściwie oślepiająco jak w zimowy poranek.
Ocknął się. Był oszołomiony i zdezorientowany, zupełnie przebudzony jakby ktoś wylał wiadro zimnej wody. Umysł i świadomość przyjęły nowy obraz świata i nie zadawały pytań: skąd się tu wziął i dlaczego.
Zrozumiał to co ma się stać, tak właśnie musiało się stać, przecież wiedział to już wcześniej. Teraz? Tak, teraz. Koniec. Czas na wyrok.

Nie był już panem swojego świata, przywódcą państwa, które dla niego było jego własnością – bo mógł z tym królestwem zrobić wszystko. A teraz jest bezradny i sam, jest nikim. Upokorzenie, upadek i strach, opuszczenie i zapomnienie. Pozbawiony mocy.
– Upadek jest dla każdego. – usłyszał głos, jakby skądś go… znał – Bo każdy musi upaść. To nieuniknione doświadczenie. Ważne jest to kim był przed upadkiem i czy będzie jeszcze kimś po upadku… kimkolwiek. – pauza – Tak. Niewiele wiesz, a wydawało się, że panujesz nad wszystkim. A tu co? Upadek.

Dookoła betonowe, szare ściany, jedno małe okno z grubymi kratami zza których wypływała poszatkowana jasność. To więzienie. Tak. Więc zasnąłem i już… jestem teraz w więzieniu. Niczego nie pamiętał co było pomiędzy. Może skazano go zaocznie? Albo stracił pamięć? Co to ma za znaczenie teraz. Przeciągnął dłonią po suchych ustach.
– Wiem wszystko i o wszystkim Premierze. – zobaczył wreszcie postać – to Poniatowski, który zjawił się jak duch. Senator Poniatowski. Uśmiechał się spokojny i zadowolony – Teraz to już wie każdy. Cała twoja przyszłość właśnie się kończy. Koniec kariery, występów, zaszczytów i tej narkotycznej władzy. In finem coronat opus? – roześmiał się głośno – Co za bzdury! Ten twój opus premierze… co to ma kurwa być? Hahaha! Opus sropus! Hahaha!

Poniatowski – tak pamiętał go – siwy, taki dobrotliwy, poczciwy i głupkowaty senator. Ubrany w ciemny, dopasowany garnitur, śnieżnobiała koszula i do tego ta jego pedalska arystokratyczna apażka, która maskowała jego zwisającą indyczą skórę na szyi – oznakę starości. Premiera mierził ten niby wyszukany styl i ten sygnet jeszcze. Senator stał rozbawiony z założonymi rękoma i lekko się kiwał na obcasach drogich lśniących skórzanych butów. Skrzypiały przy każdym ruchu jak oficerki.
W historii zapiszesz się jako przywódca rządu skazany na śmierć. Tak i tylko tak zostaniesz zapamiętany. Jako polityk, człowiek podły, nikczemny, kłamliwy, pazerny i bezwzględny. Mały człowiek o wielkich ambicjach. Pan tego cyrku, tej hołoty, rozpasanej i okrutnej. Twoich polityków, urzędników, poddanych, zaufanych dupolizów. Ty i oni jesteście z jednego rodzaju łajna. I tak powinniście skończyć – jako nawóz. Taki z was będzie pożytek. Inni was nie obchodzili… dostaliście władzę i dbaliście tylko o siebie… tylko i wyłącznie o siebie.
Premier zatrząsł się z zimna i oburzenia. Gorączkowy dreszcz, zimny i mokry od potu. Bezczelny typ – taki nikt, takie byle co, go poucza! Czuł się strasznie, nigdy czegoś takiego nie doświadczył. Jeszcze kilka chwil wcześniej mógłby zadeptać Poniatowskiego jak robaka na podłodze. Ot tak bez wysiłku, przez przypadek albo z nudy. Ale teraz tylko stał przed nim i mógł tylko próbować się bronić. Premier wiedział, że Poniatowski wie wszystko. Teraz to on władzę nad nim. Opuścił głowę i z wysiłkiem podniósł znów patrząc na swojego prześladowcę.

– Przecież byłeś jednym z nas… więc jak możesz mówić takie rzeczy? Ty nie miałeś ambicji? Nie chciałeś czegoś? A może chcesz mnie zastąpić? Wiesz, że to niemożliwe! – i zdał sobie w jednej chwili sprawę jak żałośnie to brzmi.
– Naprawdę tak uważasz? Że byłem częścią tego twojego świata? Daj spokój, tacy jak ja są wyłącznie bo musi się zgadzać liczba głosów i mandatów i wpływow. Zajmujemy krzesła i miejsce na sali, ale sami z siebie nie mamy żadnego znaczenia. Guziczki do głosowań i przemów, które zwykle nikogo nie obchodzą. – Poniatowski wsunął ręce do kieszeni – Oczywiście, masz rację, nic za darmo. My też się wygodnie umościliśmy w tym teatrze pozorów. Ale znaczenia – pokręcił głową – nie mamy żadnego. Polityka rozgrywa się tylko przy stole gdzie zasiada tylko parę osób, reszta to mało ważni statyści. No dobrze… przyznaję my też jesteśmy świniami za darmo niczego nie ma. Ale cóż znaczą winy takich pionków jak ja? Przy tobie jestem czysty jak dziewica. Nam wybaczą… tobie nie.

Premier nie mógł zamknąć oczu, były ołowiane i zmęczone, ale jakby zamurowane, nie mrugał powiekami. To była prawda. Poniatowski nikogo nie obchodził. Nie grał w I lidze, nie należał ani do faworytów, ani do przeciwników Premiera. Niegroźny i nieważny, w drobnych sprawach zawsze dało się z nim dogadać i to była jego zaleta. Żaden tam ideowiec czy oszołom. Dostał swoją dolę i robił co trzeba. Senator gładził się po zadbanych wąsach. Szlachcic pierdolony.

– Prawda, tak to jest prawda – uśmiechnął się smutno premier – Ale czy ty masz prawo mnie osądzać? Kto ci je dał?! – wrzasnął gniewnie
– Przecież wiesz kto. Zrobiłem sondę w internecie – wyjął z kieszeni marynarki komórkę i pokazał wykres – wszyscy są na TAK. Zobacz.
Wytrzeszczone oczy premiera były tak rozwarte jakby miały zaraz wylecieć z czaszki. Przełknął gorzką ślinę. Co to kurwa ma być? Jak to możliwe? Jaka sonda? Co on pieprzy!
– Jak to wszyscy? Jacy wszyscy?
– No wszyscy, każdy obywatel. Więc nawet gdybym chciał cię oszczędzić. – Poniatowski komicznie wzruszył ramionami – To taka jest wola narodu.

Znów się zakołysał i zaskrzypiał butami.

– No to co? Koniec? Nie ma na co czekać. Ludzie – mówię ci – nie chcą czekać. – zaśmiał się i pokręcił głową – Wiesz co? Widzę, że straciłeś już głowę. To ją ci teraz zetnę! Żebyś się nie męczył już. Tak zrobię… – wyraźnie poweselał, oczy rozbłysły mu diabolicznym blaskiem, ale za to jakby światło z okna spochmurniało. – Nie masz już do tego po prostu głowy! Wszyscy to widzą. Hahahaha! Ciach!
Błysk ostrej stali przeciął szyję premiera. Tyle zarejestrował. Nie czuł bólu. Dziwne. Może jeśli jest tak szybko to nic nie boli?
W jednej sekundzie głowa Premiera upadła bezwładnie jak arbuz na ziemię. Jeszcze jakby żył, myślał. Dziwne, że nic nie czuł – tego nie się spodziewał. Tylko nieprzyjemną wilgoć w ustach. To była ślina, wypływała strużką z otwartych warg. Chciał odruchowo wytrzeć… ale nie miał już rąk, ani niczego… nie miał reszty ciała. Tylko głowa. Krzyknął bezradnie i żałośnie. Poczuł się zawstydzony bo był to właściwie dziecięcy pisk.

Poniatowski pochylił się i ze śmiechem patrzył mu w oczy, a te były wraz ze ściętą głową na boku tuż przy podłodze.
– Ale wyglądasz… głupio. Dziwnie – chyba już nikomu nie będziesz się teraz podobać.

Senator śmiał się i śmiał, jak z najlepszej komedii. Premier jeszcze bardziej się zagotował w środku.
Znów wrzasnął trochę po to aby sprawdzić czy jeszcze może wydać dźwięk. Krótko i głośno, ale teraz po męsku.
Aaaaaa! Potrząsnął głową – może ruszać samą głową! Może! Zamknął oczy… i co teraz? Nie umarł – została głowa, czyli nie wszystko stracone. No ale jak nie? Co zrobić? Uspokój się – przemówił znów sam do siebie. Raz, dwa, trzy… otworzył powieki.
Dookoła było znów ciemno, ale przez szpary rolet okiennic wbijało się jasne światło. To już nie jest cela? Boże co się tu dzieje! Niech ktoś mi kurwa powie co się dzieje!

– Panie premierze! – poczuł, że ktoś nim delikatnie potrząsa, ale delikatnie – Paaaanie premierze! Panie…
Uniósł głowę do góry. Może ją unieść! Do góry głowę! Co za ulga! Ale jak to możliwe? Poczuł, że ma władzę nad swoją głową… skoro tak to może ona i jest połączona z resztą ciała?! Spojrzał do góry, ale zobaczył sufit. Ale czuł całe ciało, ręce, brzuch, nogi. Wszystko jest! Przy biurku stała jego sekretarka – naprężona jak struna – jak wojskowy adiutant. Zamrugał powiekami. Wierzchem dłoni wytarł ślinę z ust.

– Powinien pan pójść wypocząć do domu… jest pan w gabinecie od 3 dni.
– Co? Gdzie jest Poniatowski? Gdzie jest ten skurwysyn?!
– Zasnął pan i krzyczał przez sen.
To był sen? Jaki straszny i rzeczywisty. Boże – ja już wariuję – pomyślał, zamkną mnie w zakładzie dla psychicznie chorych.
– Podać coś panu? – zapytała sekretarka
– Nie. Niech pani idzie…
– Może trzeba tu posprzątać? – spojrzała na porozrzucane kartki, filiżanki, stłuczony ekran laptopa łamał odbicie tego całego syfu.

Sekretarka postawiła na biurku puszkę Red Bulla i szybko odeszła wbijając wzrok w podłogę.
To już 3 doby. Bał się wyjść z gabinetu. Nie chciał wracać do domu, tu jeszcze był bezpieczny. Przynajmniej na razie. Co za koszmar.
Ale jawa nie była dużo lepsza. Wszystko było okropne, ani chwili ulgi, ani odrobiny wytchnienia. Wszystko go bolało. Oparł się plecami o fotel i poczuł jak koszula przykleja się do pleców.
Świat się kończył, a piekło czekało. Wypił zachłannie pół puszki landrynkowego energetyka. Kawa już mu nie pomagała, nie działała, nie chciał brać kokainy, mógłby przesadzić.
Komórka piszczała na skraju rozładowania, położył ją na biurku w miejscu w którym pod blatem był system ładowania bezprzewodowego.
Przesunął po ekranie i odblokował smartfona. Film w przeglądarce, odświeżył i spojrzał na licznik. 30 milionów widzów. Transmisja zakończona – można ponownie odtworzyć materiał video. 19 milionów łapek w górę. Takich wyników nie ma żadna gwiazda.

Tytuł: Senator RP wyjawia całą prawdę o polskich politykach!
Najgorętszy tytuł ubiegłej doby i zapowiedź kolejnego za materiału 24h.
Jak to w ogóle możliwe? Przecież cała logika i system władzy polega na tym, że każdy jest mniej lub bardziej zależny od kogoś. Każdego można kupić albo zastraszyć, najlepiej połączyć te dwie kombinacje. Nie ma opcji żeby polityk nie miał niczego brudnego w życiorysie. I po to są służby by premier wiedział jak kontrolować polityków, zarówno tych, którzy popierają rząd, jak i tych przeciw. Tak naprawdę nikt nie jest przeciw – tylko ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. Walka polityczna polega na układach i pozorach. Oczywiście najlepsi są tacy, którzy wierzą w jakiś cel albo misję. Pacynki, które wystawia się by robiły teatrzyk. A to ktoś pokrzyczy o wojskowości, ktoś inny o unii europejskiej (ci są najlepsi bo nie robiąc nic zrobią wszystko by wyglądało na to, że są zaangażowani i ważni). Inny o prawach mniejszości seksualnych… a zaraz po tym o aborcji, albo nadmiernym wpływie kościoła. Polityka to tylko emocje dla ludu. Im więcej sporów, tym większe korzyści.
Każdego można kontrolować! Każdego! Jeszcze dzień się nie rozpoczął, mimo to informacje już są pisane, drukowane, wrzucane wszędzie gdzie się da.
Afera z jednym politykiem czy kilkoma to by jeszcze jakoś się rozeszło, kilka dni, jakieś decyzje o konsekwencjach, w najgorszym razie dymisja. A po pewnym czasie takiego aferała ulokowało się w spółce i dalej był lojalny i jeszcze bardziej wdzięczny. Co z tego, że niczego nie potrafił. Praktycznie każdy polityk niewiele potrafi, to jedyne zajęcie w którym nie trzeba mieć udokumentowanych kwalifikacji czy doświadczeń. No może poza ministrem zdrowia, który dla estetyki i moralności musi być dyplomowanym lekarzem.

Premier zdjął koszulę – śmierdziała i była wilgotna. Podszedł do okna.
Autobusy i tramwaje hałasowały jak zwykle. Jeszcze kilka chwil i kierowcy będą kląć na korki i wściekać się generalnie na wszystko.
Na parkingu stała taksówka Pana Zbyszka. Najważniejsi politycy jeździli limuzynami, ale jeśli ktoś chciał się wymknąć bez zbędnej sensacji wtedy Zbychu był najlepszy.
Premier podszedł do szafy i wyjął czystą koszulę. Nie było tu łazienki i prysznica, a do willi rządowej nie chciał jechać, dziennikarze pewnie już się czają za każdym rogiem, a i pewnie czekają przed willą w krzakach.
Pogoń za newsami, a ta sytuacja to było gorsze niż pęknięcie rurociągu z gównem.
Jakie będą tytuły? Uprowadzony senator obnaża degenerację całego świata polityki. Wybrańcy ludu to złodzieje, zboczeńcy i idioci! Kto może ich osądzić?

Teoria samotności

Cechą bytu jest samotność, zawarta w istnieniu. Samotność, ta szczególnie której człowiek pragnie uniknąć. Tego pozostania sam na sam z człowiekiem, którym jestem. W głębi jesteśmy najsamotniejsi i jedyni, pojedynczy.

To nie jest obawa przed lustrem aby zajrzeć samodzielnie w oczy. To może lęk przed pytaniami, które zadam sobie sam.

Lęk przed samotnością ludzką stworzył Boga i Bogów. Oto zrodzony ze strachu przed milczeniem po niemych pytaniach. Bo pytającym jest człowiek i zawsze będzie to człowiek. Odpowiedzi musi udzielić człowiek. Sobie. Zrozumieć swój sens, zrozumieć go samodzielnie i samotnie. Dla siebie. Pytania są konieczne. Odpowiedzi są trudne albo niemożliwe.

Wszystko jest najpierw samotne. W śmierci jesteśmy samotni, tak jak w narodzinach. Przychodzi ten moment w którym pozostajemy tylko my, choć nie my bo to już nie jest JA.

Bóg jest odpowiedzią na pytania bez odpowiedzi. Tym, że wszystko ma swój niezrozumiały, ale jednak ład i sens. Emanacja boskości jest konceptem bezpieczeństwa. Wyższej opieki nad istnieniem. Odpowiedzią na geometryczną samotność. Receptami z wyrobem placebo na lęki w aptece złudzeń. Pomoże? Być może. Nie zaszkodzi.

Nie ma dowodów na istnienie Bogów – poza księgami i świątyniami. W milionach lat miliony kultów. Wyraźnych i zmytych, zapomnianych i trwałych. Czczonych i wyklętych, uświęconych i przeklętych. Dla obietnicy, że bez samotności przyjdzie prawda i wszystkie odpowiedzi. Człowiek nie będzie już sam na sam. W tej swojej kuli dusznej niepewności wszystkiego. Nie będzie dzieckiem bez nauczyciela. Nie będzie błądzić bo ma drogowskazy. Równania będą się równać. Zło i dobro będą się wzajemnie znosić – tworząc obojętną, neutralną zawiesinę. Stan zerowy.

Wszystko jest i krzywe i symetryczne. I wielorako kształtne. Twórcze i powstałe z istoty. Proste może być tylko ułomne, dopasowane do miary.

Uśmierzanie niepewności jest kojące – zabiera człowieczy strach. Modlitwy ufne i oddane, to cykl kodu do wyższego, nieobecnego… nieistniejącego. W nim jednak ufność złożona i ofiarowana. Wysłana jak łza spadająca na ziemię. Naprawdę może pomóc i pomaga. W swojej samotności mówimy prawdę do posążków i malowideł. I wciąż w tym monologu pozostajemy sami, nasze prośby i modlitwy wstydliwie milkną w ciszy. To tajemnica tajemnic.

Teoria prawdy

Teoria Prawdy - esej - blog pisarski

Wrażliwość zezwala by widzieć i rozumieć więcej. Czułe receptory poznania. Doświadczanie jest pełniejsze, wypłukane z osłony obojętności. Wszystko co się dzieje bardziej dociera. Tak chcemy być bliżej prawdy, ale gdy oczy zobaczą więcej, a uszy usłyszą dokładniej i mocniej, to czy tak lepiej? Rzeczywistość jest zbudowana z miliarda miliardów impulsów, które tworzą wszystko. Nasączasz się wszystkim albo nakładasz ochronne filtry. Wybór nie jest prosty i ma nieodwracalne konsekwencje. To co poczujesz jest nieodwracalne i niezapomniane. Prawda wrażliwości to odczuwanie wszystkiego, po to aby rozumieć. Prawda jest między tym co dobre i złe, i prawda składa się z dobra i zła. I wielu innych.

Wrażliwość to podatność na wszystko, a czy wszystko jest prawdą?

Jak władcy albo niewolnicy musimy decydować. Władca może stać się niewolnikiem swoich wyborów. Niewolnik pragnie stać się władcą.
Myśli nie można uwięzić. Czy ten ktoś w tobie jest tobą? Czy może to byt ulepiony z tego co przyjmujesz i co odrzucasz? Tego z czym się zgadzasz i tego czemu jesteś przeciwko?

Tak naprawdę nie ma środka, ani końca, ani początku. Tkwimy w wirówce, a to co nas otacza nieustannie się zmienia i miesza. Wydaje się, że to linia, ale ona jest okręgiem. Dopiero gdy przychodzi czas ten okrąg stanie się przerwany – być może.

Prawda nie jest wzorem, ani kodeksem. Prawda wyłania się zewsząd i nigdy nie wiemy czy jest czysta i jasna.

Znam wielu poszukiwaczy prawdy. Znam tych, którzy mówią, że ją posiedli. W ostrożnych krokach i biegu co sił gonimy za tym co nas upewni i zapewni. Różnica dusz jest różnicą prawd i nieuniknionym, wielokrotnym dysonansem. Złudnym echem, które oszukuje.

Posiadanie Racji jest pozornym (może błędnym, może nie) usankcjonowaniem rozumienia. Racja nigdy nie jest całościowa i nigdy nie jest absolutna i bezdyskusyjna. Jeśli była by dokonana, a więc zamknięta wtedy poznawanie nie miało by sensu. Poznawanie jest życiem i przeżywaniem. I perspektywą pewnego punktu. Rzeczywistość zbudowana jest z nieskończonej ilości punktów.

Nie ma prawd uniwersalnych. Każda prawda może być kwestionowana, przyjmowana albo odrzucana. I tak się dzieje odkąd człowiek zyskał samoświadomość – przekleństwo i dar jednocześnie. Gdy rozpoczęła się myśl. Wewnętrzny głos ducha, który zadaje pytania i rozprawia w sobie nad odpowiedziami.

Trudu poszukiwań nie można zastąpić ani usprawiedliwić prawdami innymi niż własne. Te własne są zawsze ukryte lub zniekształcone. Prawda nie została zapisana w księdze, księga może być inspiracją i nauką, ale drogę trzeba przejść na własnych nogach. Porządek jest stanem, który trzeba ustanawiać, równowaga to stan uwagi. Prawda to najczystsza świadomość.

Pragnienia okularnicy

Okularnica siedzi w bibliotece i marzy o wielkiej miłości, niestety wie, że tu jej przecież nie znajdzie. Jest przeciętną brzydulą w świecie zawłaszczonym przez atrakcyjne i agresywne samice.

Marzy się przecież wszędzie, bo takie westchnienia osładzają słone życie. Do bibliotek przecież nie zaglądają piękni i romantyczni chłopcy – tacy jak z książek pisanych przez inne autorki typu powieść romantyczna – gdzie ona biedna zakochuje się w nim bogatym lecz smutnym.

Owi chłopcy ze snu dziennego okularnicy powinni być chuderlawi i wrażliwi – romantyczni – jak z książek. I rzeczywiście ci chuderlawi istnieją i są nawet tymi romantykami. Nienawidzą siebie za to. Gówno im ten romantyzm i zwiewność dały.

Gdy przełkną już złość będą chcieli posmakować biologicznego narcyzmu. Uspokajającego odbicia w lustrze – rosnę, tak teraz dopiero staje się mężczyzną. Uczucia podniecenia tym nowym refleksem zwierciadlanym nowego JA.

Taka jest nowa romantyka i spocony afrodyzjak. Czy romantyka zawsze prowadzi do erotyki, istotnie przepoczwarzając się w końcu w tanie porno?

Więc… czy okularnica też ucieknie z biblioteki do siłowni by pracować nad kształtem tyłka? By robić sobie zdjęcia z metamorfozy i prężyć wypukłości do selfie? Pewnie tak. Póki co biblioteki są pustawe. Książki się kurzą. Okularnica idzie po kawę do sieciówki… może tam go jednak spotka? Tego jedynego. W książkach tak czasami się zdarza.

Za oknem ciemność, w szybie odbijają się jej psie smutne oczy w okularach. Jak tu być widzianą, skoro jest taka niewidzialna? W tle wszystkiego i każdego.

Świat jest smutny dla okularnicy.

Jej wyśnieni Książęta kłują dupę sterydami w siłowni i tak naprawdę mało obchodzi ich cokolwiek poza podziwem i zazdrością kolegów. Tylko erekcyjny podziw kolegów ma znaczenie.

Okularnica chciałaby prywatki z wolnym, lekko pijanym tańcem. Siedzenia na moście kiedy zimno znad jeziora przenika i on obejmuje. Spoglądania w oczy. Niestety w tym czasie książęta wciągają kreskę, poprawiają lufą wódy i tańczą z towarami, które towarami pragną być. Proste. Królestwo księcia to przelewy od ojca, który ma fabryki okien pcv i jest magnatem branży.
Okularnica nie ma nikogo i niczego, poza naiwnymi książkami. Ona by chciała żeby wszystko było slow motion i przy tam grało „what a wonderful world”, a on wolałby teledysk z TV – raperzy, baseny, dziwki i narkotyki. I dlatego nigdy się nie spotkają.

Okularnica chce życia w którym wszystko się pamięta – bo warto pamiętać, bo było piękne. Książę zwykle nie pamięta niczego, albo wolałby nie pamiętać.
Więc kiedyś może uschnie jak zakurzony badyl w doniczce, a po śmierci zostanie duchem biblioteki. Niegroźnym i niezauważalnym. O zmarłych zawsze można i wypada powiedzieć coś dobrego.

Coś nas w środku molestuje i zmusza byśmy pragnęli czegoś co jest kompletnie zbędne. Naiwne i głupie. Na dodatek w wielu odmianach, ale formalnie chodzi o to samo. Jak rzekł jeden taki w rodzaju Cohelo „stajemy się niewolnikami własnych pragnień”.

 

Teoria mgły

teoria mgły - opowiadanie

W teorii mgieł jest wszystko. To wszystko o sobie jest w nicości. W paradoksie błądzenia w materii, której właściwie nie ma. Bo czy można złapać mgłę? Od gęstej niewiadomej tajemniczości rozpoczyna się wszystko, to co jest dobre i co jest złe. I pośrednie także.
We mgle giną kierunki i granice. Oczy widzą tylko trochę. Odczuwany niepokój nie wywoła krzyku, ale głębokie milczenie i nasłuchiwanie ze wszystkich sił. Odbiór każdego dźwięku, impulsu, światła, znaku, czegokolwiek.
We mgle możesz zresztą wrzeszczeć, a najgorsze jest to, że nie ma pewności, że ktoś słyszy.
Chciałem się zgubić? Czy się zgubiłem? Już zapomniałem.
Z wyciągniętymi rękoma idę przed siebie jak ślepiec – choć przecież widzę. W panice myśli nie chcę myśleć i nie chcę panikować. To jednak niemożliwe. Mgła nie ma horyzontów, żadnych kształtów, nie ma kolorów poza swoim mlecznym.
Jeśli się potknę to nie wiadomo o co, jeśli wpadnę w dziurę to jej nie zauważę przed upadkiem. Możesz błądzić. Tu nie ma drogi.
W łonie matki też nie wiedziałeś gdzie jesteś, ale tam było bezpiecznie. Musiało tak być, bo kołysząc się w mgle wód płodowych nie znałeś świadomości. Gdy rośnie życie świadomość jeszcze śpi, a ego jest jednością z mgłą.
We mgle świadomość jest otumaniona i pozbawiona bezpieczeństwa.
Mgła ma właściwości kosmosu – jego gęstość i chłód, ale nie ma jego ciemności i światła gwiazd i planet. Znika dół i góra. Nie umiemy zrozumieć nieskończoności, bo granice i linia są nam potrzebne jak łańcuch na górskiej drodze – żeby się go złapać. Nieskończoność iluzorycznie jawi się np. na oceanach – daleka i ciągła. W zagubieniu mgielnym nieskończoność jest ledwie kilka centymetrów przed oczami.
Ego jest strachem istoty, która gdy stanie się niewidzialna i nieważna, poczuje się martwa.

Każdy kształt, który wyłoni się z mgły będzie zachwycający, bo wyczekiwany. W mgielnej kuli najpierw zamkną się zmysły, a później wszystko umilknie. Nic się nie zmieni bez ciszy, bo to ona była pierwsza. Później powstał chaos. Powstał ze strachu przed ciszą. Przed nicością, przed brakiem granic i kształtów.

To czego nie znajduję jest tuż za mgłą. Starzy ludzie, którzy już nic nie widzą potrafią się naprawdę uśmiechać. Tak jak niemowlęta. Twój świat nie ma znaczenia. Ty też.
Trzeba odbierać, wygaszać i uciszać. Obca mowa jest niezrozumiała, cisza jest znana każdemu.

Wyciągam ręce we mgle, bez poszukiwania i nadziei. Teraz mogę zrozumieć i rozumiem. Nic jest we mnie, a nic jest wszystkim. W teorii mgieł, w ich niezliczoności, tylko stoję lub płynę lub… mnie nie ma. W moim wyobrażeniu i strachu o siebie muszę chłonąć mgłę. Zakryty i schowany. Sam dla siebie bez obecności. Z porzuconą świadomością, jak dziecko, które ma dopiero przyjść. Wszystko już czeka. I zło i dobro. I wszystko tak będzie.

Słowiańska dusza demoniczna

Tu stoi chłop z siekierą, bo to nie jest elegancka bijatyka dla chłopców. W naszym histogramie miewamy onirycznych chłopców lub dziarskich chamów. Siła zawsze zwycięża. To się może nie podobać, ale tak jest i tak będzie. Cham to nie pan, ale nie daj Bóg jeśli cham na Pana się wkurzy. Więc siła zawsze zwycięża i na wieki wieków.

Słowiańskość duszy czy tam konstrukcji mentalnej, wyraża się w przedziwnych miksturach. Łączy szaleństwo z romantyzmem i smutkiem, odwagę z bezmyślnością, gniew z czcią.

Demony naszej słowiańskości są jak atomy, a ich istnienia nie można zanegować. I tak, jeden słowiański atom naparza się z drugim, a wszystko w jednym slvaicznym organizmie. Naparzać się musi bo taka jest jego właściwość i energia. Sensu to nie musi mieć, a przynajmniej pozornie.

Sprzeczność to jedność, czyli Słowianie

Sam termin jest niejednoznaczny, wielokrotnie interpretowany, ale…

  1. słowo z praindoeuropejskiego *ḱlew- (słuch, sława)
  2. Sklavenoi (niewolnicy)
  3. Swój
  4. Slova (błoto)

    por. https://pl.wikipedia.org/wiki/S%C5%82owianie#Etymologia_nazwy

Oczywiście nie mogę wchodzić w polemikę naukową bo gdzież mi. Te podstawowe terminy podpowiadają mi tyle, że wszystkie są słuszne i pasują do „słowiańskiej duszy demonicznej”.

Posłuch – pewnie wynika z krewkości władców tych na początku przynajmniej. Mocny Słowianin to ten, który słyszany być chce… bo gdyby nie to siekiera (patrz wyżej). W każdym razie bardzo chcielibyśmy być słyszalni. Przeważnie się nie udaje. Ale próbować trzeba…

Niewolnicy. Tu tę teorię się kwestionuje bo łacina jedna wyparła drugą i ten niewolnik to nie niewolnik tylko slavus – czyli chłop. Trochę taka insynuacja średniowieczna może boleć? Mimo wszystko. Niemcy tak nas dalej interpretują. Ale ileż razy my Polacy popadaliśmy właśnie w niewolę? I z głupoty, i z próżności, bo mieliśmy pecha?

Wszystkie wielkie zwycięstwa i jeszcze większą dumę zawdzięczamy wyzwoleniu się z niewoli. Tak jest. Tu znów wyszedł ten zarośnięty dziad z siekierą i wyrąbał drogę i granicę.

Zawsze będziemy chcieć być wolnymi i co jakiś czas tę wolność stracimy. Bo to już jest wpisane w to kim jesteśmy.

Swój. Swój to nasz. Nasz on jest! Od nas, z nami. I to jest kolejna wielka cecha – wyraźna jak zmarszczka gniewu na czole chłopa. Swojskość ma wielką spoistość i smak. Swój nas łączy w naszym podzieleniu. To co jest sprzeczne, jest też tak samo spójne. Dla nas nie ma w tym nic dziwnego, a obcy nawet po wiadrze podlaskiego samogonu nic nie zrozumieją.

I to jest piękne – nasze niezrozumienie i sprzeczności. Tylko to smucenie się, że nas właściwie nikt nie kuma. To zbędne. I jakieś takie…

Błoto. Oczywiście chodziło o to, że na takich terenach zamieszkiwano. Z błota wyłaniamy się jak potwory. Błoto jest podwaliną naszej egzystencji. Tak nam przypadło i koniec. Ani źle, ani dobrze. Wstydzimy się tych butów brudnych. I wstyd jest dalszym słowiańskim spoiwem. Nie lubimy się. Szkoda? Można tak zapytać. Ale tak samo można żałować czegokolwiek. Niepotrzebnie.

Zawsze będziemy tacy

Skąd ta bezczelna myśl? Z mojej słowiańskiej duszy. Absolutnie jestem każdym rodzajem uwięzionego w mojej duszy demonem. I wiem, że to co wydaje się dziwne, dla mnie i dla nas jest oczywiste. Dla mnie nikt nie musi rozumieć bigosu. Dla mnie on zawsze pozostanie potrawą cudną, pomieszaną i wykraczającą poza reguły.

Bigos się odgrzewa, a każde danie odgrzewane to grzech i niesmaczność. Ale… nie słowiański bigos. W nim jest wszystko: niewola, błoto, brzydota, smak i zapach wolności. I szaleństwo.

Wysłowienie i wyterminowienie

Na początku słowo było. Tak przynajmniej wiemy, słowo, a zatem zbiór liter, które coś określają. Różne zawijasy pozwalają nam na wyrażenie, na zdanie, na książkę, na ideę… na wiele albo na byle co. Kultura „byle czego” w której tkwimy nie zasługuje na większe emocje. Nasze – niby też i moje – czasy są emanacją próżności i mało wyrafinowanej głupoty. Możliwe, że to cecha każdego czasu, ale ja znam tylko ten „mój” i jest on właśnie głupawy. A ja w nim uczestniczę. Tak samo jak wszyscy pompuje próżność demona „byle czego”.

Gdy już wymyślono idee, wtedy gdy udało się człowieka do nich przekonać, nastąpiło uwięzienie. Uwięzienie jest jak najbardziej właściwe i stosowne dla idei za którą trzeba cierpieć, a nawet i dramatycznie umierać. Bo Idea to też demon, który lubi żreć swoich fanatyków. Bez zjadania nie ma życia.

Jak się uda dobrze oblepić gliną koncepcji i wartości człowieka to jest on znakomitą skamieliną, do utwardzania stworzonej rzeczywistości. A rzeczywistość każdej idei, religii, systemu prowadzi do tego samego. Do władzy. Panowanie jest wybrukowane duszami niewolników. Panowanie wymaga niewoli. Pan to system, Pan to Bóg, Panem może być coś dokładniej nieokreślonego i płynnego. Czyli też system, też Bóg, też ustrój (czyli system).

Ofiara idei

Idei nie da się stworzyć bez ofiar. Ale co potwierdza historia, zawsze jest wiele chętnych by ofiarą być. Umrzeć za koncepcję. Ba – każda religia bez udawania wymienia jakie ofiary są potrzebne i konieczne. Ofiara – czyli złożenie czegoś w darze. W kulturze chrześcijańskiej nawet Syn Boga i Bóg – składa się w ofierze by odkupić u Ojca winy za grzechy ludzi. Dlaczego? Czy nie wystarczy poprosić? Przeprosić? Po co jest ofiara z ludzkiego życia? Tak musiało być. I tu dochodzimy do tego…, że idea nie wymaga wyjaśnień. Ma w pewnym zakresie być bezkrytyczna i bezdyskusyjna.

Jest nauka w słowach od Boga, ale z założenia, że tak to ma być i oczywiście jesteśmy w tym wszystkim wolni. My ludzie. Wiara daje kierunki, reguły, pouczenia, daje nadzieję, że genetyczny strach przed nieistnieniem można ukoić wizją nieśmiertelności. Oczywiście pod pewnymi warunkami.

Bóg i religia to tylko prosty przykład. Od czegoś trzeba zacząć. Inne wielkie religie też cenią sobie dosłowność ofiary – żeby nie było. A jednak – żywy człowiek jest lepszy od martwego. Żywy może być niewolnikiem, umarły jest nikim. Skamienieje lub zgnije.

Co to to jest ten system? Jest to zbiór słów, które tworzą pojęcia, a pojęcia tworzą reguły władzy. W zamian za wiarę w system otrzymasz nadzieję. Obietnicę ale nie przysięgę, zresztą co te słowa znaczą? Obietnice zwykle czcze, przysięgi przesadzone lub niemożliwe do dotrzymania.

Niewolnicy nie potrafią być wolni. Niewola nie może być wolnością. Wolność można łatwo zamienić w niewolę.

Słowa nie mają znaczenia. Terminy są błędne lub posiadają tyle interpretacji, że przestają cokolwiek wyrażać. Wysłowienie – odrzucenie pierwotnych słów. Wysłowienie aby słowa stały się niemymi pierwotnymi dźwiękami.

 

Bunt mrówek

bunt mrówek - esej kozlovsky

Środowisko pracowitych – jak nam się wydaje, stawianych za przysłowiowy wzór pracowitości – mrówek. Konstrukt i wzorzec struktury idealnej. kopiec z matematyczną precyzją i sensem. Analogia oddania i poświęcenia, sensu istnienia wspólnoty, która tworzy skomplikowany kopiec.
Każda mrówka jest niby osobno ale zawsze super społecznie – po prostu w mrowisku. Jedna mrówka nic nie znaczy? Każda mrówka w mrowisku jest jedna, z jedynek. Może i ma numer kolejny, a może nie ma.
Mikre są te nasze ustalenia i kanony zaszeregowań i przydziałów. Może wynikają z naszej wrodzonej niepewności, dążenia do tego by wszystko policzyć, aby coś wiedzieć i mieć przeczucie, że nad czymś tam się panuje.

Życie tworzenia i budowania wydaje się tam u mrów uporządkowane i podporządkowane. Prawdopodobnie żadna z nich nie czuje się mniej lub bardziej ważna.

Istnieje teoria zbiorowej świadomości i takowa występuje chyba także u termitów. Nawet oddzielone od siebie, dalej tworzą skomplikowany kopiec z arteriami kanałów, wejść i wyjść.

My jako szczególne zwierzęta naprawdę się nie rozumiemy zbyt wiele. Czy to w stadach, czy samotniczo. I to, że się sami nie rozumiemy, i innych nie rozumiemy. Przysięgam, że wiem co mówię i co piszę. Tak czy owak nie rozumiem i siebie i innych, i wiem, że owi inni także przeważnie nie rozumieją ani siebie, ani innych. Mamy nasz Babilon nie rozumienia. Cóż z tego, że mamy języki, znaki, symbole, księgi i plany? Nasze wyrafinowane i obsmarowane ekscytacją pojęcia nie przynoszą jasności, ani nawet nadziei na coś lepszego i ważniejszego. Bez znaczenia jest to czy wrzeszczymy, czy milczymy. Wieża chaosu, krzywa i chaotyczna nie leci jednak w gruz. Z jednej strony destrukcja, z drugiej bohaterskie podpieranie tej budowli czym się da i z fanatyczną misją ratowania tego takiego świata wieżowego. Daremne to trudy, ani to runie, ani nie będzie trwać silne i piękne. Będzie żywym, dziwacznym cylindrem skleconym ze wszystkiego, organicznego i zdechłego.
Czy jesteśmy zdolni określić o co nam chodzi w szerszym znaczeniu? Nie tylko tym doraźnym i krótkodystansowym. Chęć niszczenia jest większym głodem, niż chęć budowania. Kto kogo zeżre nie wiadomo? Kim będzie zwycięzca? Gdy trwa walka to jeszcze nie ma takiego znaczenia, a walka i pożeranie w pętli nieskończoności trwa wiecznie. Przewrócona jakby ósemka. A może przewrócona klepsydra? Nie przesypuje piasku czasu, tylko leży jak padła – constans, nie ma końca, nie ma początku, jest środek… mniej więcej.

Przychodzi taki czas (co potwierdza historia), że nawet rozproszone ludy ogarnia żar zmiany. I choć niby coś tam strukturalnie tworzymy, bo ja dla kogoś, ktoś dla mnie, ja komuś, a ktoś mi nie, etc., to odrębność istnienia jest faktem i spierać się o nią nie można. Niebo jest rzeczywiste, a dla niektórych jest też metaforyczne niebo – piękne i prawe, dobre jak dziecięce kakao – w sam raz słodkie i ciepłe.

Mrówki nigdy się nie zbuntują. Mrowisko może wymrzeć i minąć. Zbiorowe poczucie szczęścia i celowości jednak zawsze jest wykonane, za każdym razem w każdym lesie. Bunt nie występuje, bo i po co miałby być?

My jako szczególne zwierzaki, też miewamy migawki świadomości zbiorowych. Projekcje zbiorowe – jak w kinie, wszyscy się dobrze bawią lub nudzą.

Nie ma żadnego planu, ani nie ma najmniejszego śladu przeznaczenia. Ich namiastkami są idee i obietnice. Nie ma sensu. Sens to plan w idei, albo idea w planie. Idea to eter rozpylony nad głowami i duszami. Duszny i zmysłowy, niezauważalnie słodko włażący w żyły i mózg. Jak opium, które okadzi i rozmoczy synapsy, więc już cicho nie bój się, jest bezpiecznie i miękko. Ciało i strach ważą tyle co nic, spokojnie płyniesz wolny od wszystkiego złego do zrozumienia, że to wszystko nie ma sensu. Na końcu końców jest prawda, a na początku nie ma nic. Czy sens tkwi w tym żeby doczekać końca? Nie i nie ma sensu – ten nie istnieje.

Człowiek stary ciąży ku ziemi, zbiera zmęczonymi rękami to co zostało porzucone. Ma spokojne sumienie i czyste buty. Wszystkie rewolucje i ewolucje się kończą. Już jutro skończy się jego życie. Uśmiecha się – zrozumiał niemal wszystko, nie trzeba się bać, pożądać, chcieć, oczekiwać i spodziewać się. Nie trzeba kochać i tęsknić, chociaż można, tak jak herbatę można posłodzić. Jutro przychodzi z końcem każdego dnia. On zrozumiał ale jego zrozumienie pozostaje nieme. Nikt nie słucha. Każdy jest zajęty własną bańką mydlaną.

Stary człowiek stawia kroki na trawie i na piasku, teraz na końcu robi to świadomie, przygląda się ziarnom piasku i mrówkom sunącym jak auta po drodze. Uśmiecha się. Wszystko zrozumiał – może więc odejść. Co poza drogą? Cel nie ma znaczenia, ważne jest to co poznasz w trakcie wędrówki.
Więc unosi stopę nieśmiało, bojaźliwie, ale ciekawie i stawia krok. Tak samo jako dziecko, które w innym miejscu, ale w tym samym czasi uczy się chodzić.

Mrówki nie muszą się buntować, ba nie znają buntu bo i nie jest im on do niczego potrzebny. Nie da im szczęścia. Wyzwolenia nie potrzebują, są szczęśliwe w tym kopcu w którym jest wszystko co potrzebne.

My czujący się zmęczonymi mrówkami i chcemy buntu i przebudzenia. Nic z tego – nasz świat jest źle skonstruowany. Wieża trzyma się mocno, a jej władcy śmieją się do rozpuku.

Nocny kot w twoim śnie

Codziennie zaparzam kawę w kawiarce, wlewam ją do jednego z wielu codziennych kubków.

Codziennie zapalam papierosa i czuje, że każdego dnia jest codziennie.
Niektóre codzienności są szczęśliwsze od innych.

Czas płynie od jakiegoś nieświadomego początku.
Codziennie jest rano i codziennie jest noc. Jutro i wczoraj.

Uzupełniam codzienność o nowy zapas kawy… żeby następnego dnia było codziennie.
I raz na jakiś czas tę codzienność rozbije upuszczony kubek.
Ubytek z krótkim smutkiem, miał dość codzienności.

Wszystko już było. Dla niepoznaki trochę zmienione.

Rzeka wypłukuje kamienie. Jesteś kamieniem czy rzeką albo drzewem wykrzywionym wiatrami.

Uparcie czekamy w jakimś dziecinnym strachu na nowe, ale nie, nie… jest codziennie.
Kolejna zmarszczka wyryje się w skórze, jak nocny kot w twoim śnie łażący po dachu wydrapie pazurem rysę na twarzy.

Spokojnie z zamkniętymi oczami – co będzie to będzie.
Wiatr wieje, rzeka płynie, kot wróci na dach nocą.

Krótka ballada o Jasiu

krótka ballada o Jasiu - opowiadanie twórcze

Jan dawniej zwany Jasiem, a dalej złośliwie głupim Jasiem. Jan był człowiekiem, któremu los nie dał nic ponad humor i intelekt. Ani urody, ani szczęścia, nawet odrobiny życiowego farta. Choć poobijany i wiecznie przepity to wpisał się w historie na zawsze. Może to komuś wydawać się wręcz niesprawiedliwe, ale Jan zwany Jasiem (dla przyjaciół) o nic się nie starał, ani o nic nie zabiegał. I udawało się – nie wszystko, ale na tyle na ile trzeba – żeby było akurat i w sam raz.

Pił, pisał, opowiadał. Zawody, które wykonywał tworzyły zestaw zajęć przypadkowych i mało wyrafinowanych. Zupełnie mu to nie przeszkadzało. Tak miało być i było.
Rozpita Warszawa tuliła się do jego chropowatej powierzchowności. Cóż to za kompan – najlepszy bo życie znał jak mało kto. Aktorem stał się łatwo i przyjemnie – grał siebie i było to cudowne. Każdy tak uważał. I każdy z Jasiem chciał się przyjaźnić i pić i gadać do rana. A jutro na nowo.

Aż nadszedł ten dzień gdy wychylił ostatni kieliszek i już Jasia nie ma.

Wspomnienia i tyle, a jak wspominać to za zdrowie Jasia wypijmy. Jakie życie taki zgon – tararara.

Jaśka zgon nikomu chyba by się nie spodobał. On jednak gdyby mógł powiedziałby coś trafnego i wesołego o swym zejściu z tego łez padołu.

Jan umarł w melinie. I oczywiście tego nie zrozumiecie, że umarł szczęśliwy. Bo wtedy już widział niebo i zorientował się, że wcale nie jest tam tak poważnie i zimno. Bo szczęście mówi wielogłosem… a Jasia głos był chropowaty, a jak coś powiedział to powiedział. Wiem to z pewnością.

Trzeba mieć szczęście żeby napić się wódki i spotkać takiego Jasia. Żeby go spotkać trzeba się pogubić i może nawet chwilowo za ciut dużo wypić.
Jasnym jest, że picie wódki nie jest niczym złym – zwłaszcza jeśli wie się jak i z kim. Z życiem prawdopodobnie jest tak samo… i ze śmiercią również – tylko krócej. Bo żyć za długo i smętnie to też nie jest zbyt dobrze.