Krótka ballada o Jasiu

krótka ballada o Jasiu - opowiadanie twórcze

Jan dawniej zwany Jasiem, a dalej złośliwie głupim Jasiem. Jan był człowiekiem, któremu los nie dał nic ponad humor i intelekt. Ani urody, ani szczęścia, nawet odrobiny życiowego farta. Choć poobijany i wiecznie przepity to wpisał się w historie na zawsze. Może to komuś wydawać się wręcz niesprawiedliwe, ale Jan zwany Jasiem (dla przyjaciół) o nic się nie starał, ani o nic nie zabiegał. I udawało się – nie wszystko, ale na tyle na ile trzeba – żeby było akurat i w sam raz.

Pił, pisał, opowiadał. Zawody, które wykonywał tworzyły zestaw zajęć przypadkowych i mało wyrafinowanych. Zupełnie mu to nie przeszkadzało. Tak miało być i było.
Rozpita Warszawa tuliła się do jego chropowatej powierzchowności. Cóż to za kompan – najlepszy bo życie znał jak mało kto. Aktorem stał się łatwo i przyjemnie – grał siebie i było to cudowne. Każdy tak uważał. I każdy z Jasiem chciał się przyjaźnić i pić i gadać do rana. A jutro na nowo.

Aż nadszedł ten dzień gdy wychylił ostatni kieliszek i już Jasia nie ma.

Wspomnienia i tyle, a jak wspominać to za zdrowie Jasia wypijmy. Jakie życie taki zgon – tararara.

Jaśka zgon nikomu chyba by się nie spodobał. On jednak gdyby mógł powiedziałby coś trafnego i wesołego o swym zejściu z tego łez padołu.

Jan umarł w melinie. I oczywiście tego nie zrozumiecie, że umarł szczęśliwy. Bo wtedy już widział niebo i zorientował się, że wcale nie jest tam tak poważnie i zimno. Bo szczęście mówi wielogłosem… a Jasia głos był chropowaty, a jak coś powiedział to powiedział. Wiem to z pewnością.

Trzeba mieć szczęście żeby napić się wódki i spotkać takiego Jasia. Żeby go spotkać trzeba się pogubić i może nawet chwilowo za ciut dużo wypić.
Jasnym jest, że picie wódki nie jest niczym złym – zwłaszcza jeśli wie się jak i z kim. Z życiem prawdopodobnie jest tak samo… i ze śmiercią również – tylko krócej. Bo żyć za długo i smętnie to też nie jest zbyt dobrze.

Dodaj komentarz