Miesiąc: Listopad 2019

Teoria prawdy

Teoria Prawdy - esej - blog pisarski

Wrażliwość zezwala by widzieć i rozumieć więcej. Czułe receptory poznania. Doświadczanie jest pełniejsze, wypłukane z osłony obojętności. Wszystko co się dzieje bardziej dociera. Tak chcemy być bliżej prawdy, ale gdy oczy zobaczą więcej, a uszy usłyszą dokładniej i mocniej, to czy tak lepiej? Rzeczywistość jest zbudowana z miliarda miliardów impulsów, które tworzą wszystko. Nasączasz się wszystkim albo nakładasz ochronne filtry. Wybór nie jest prosty i ma nieodwracalne konsekwencje. To co poczujesz jest nieodwracalne i niezapomniane. Prawda wrażliwości to odczuwanie wszystkiego, po to aby rozumieć. Prawda jest między tym co dobre i złe, i prawda składa się z dobra i zła. I wielu innych.

Wrażliwość to podatność na wszystko, a czy wszystko jest prawdą?

Jak władcy albo niewolnicy musimy decydować. Władca może stać się niewolnikiem swoich wyborów. Niewolnik pragnie stać się władcą.
Myśli nie można uwięzić. Czy ten ktoś w tobie jest tobą? Czy może to byt ulepiony z tego co przyjmujesz i co odrzucasz? Tego z czym się zgadzasz i tego czemu jesteś przeciwko?

Tak naprawdę nie ma środka, ani końca, ani początku. Tkwimy w wirówce, a to co nas otacza nieustannie się zmienia i miesza. Wydaje się, że to linia, ale ona jest okręgiem. Dopiero gdy przychodzi czas ten okrąg stanie się przerwany – być może.

Prawda nie jest wzorem, ani kodeksem. Prawda wyłania się zewsząd i nigdy nie wiemy czy jest czysta i jasna.

Znam wielu poszukiwaczy prawdy. Znam tych, którzy mówią, że ją posiedli. W ostrożnych krokach i biegu co sił gonimy za tym co nas upewni i zapewni. Różnica dusz jest różnicą prawd i nieuniknionym, wielokrotnym dysonansem. Złudnym echem, które oszukuje.

Posiadanie Racji jest pozornym (może błędnym, może nie) usankcjonowaniem rozumienia. Racja nigdy nie jest całościowa i nigdy nie jest absolutna i bezdyskusyjna. Jeśli była by dokonana, a więc zamknięta wtedy poznawanie nie miało by sensu. Poznawanie jest życiem i przeżywaniem. I perspektywą pewnego punktu. Rzeczywistość zbudowana jest z nieskończonej ilości punktów.

Nie ma prawd uniwersalnych. Każda prawda może być kwestionowana, przyjmowana albo odrzucana. I tak się dzieje odkąd człowiek zyskał samoświadomość – przekleństwo i dar jednocześnie. Gdy rozpoczęła się myśl. Wewnętrzny głos ducha, który zadaje pytania i rozprawia w sobie nad odpowiedziami.

Trudu poszukiwań nie można zastąpić ani usprawiedliwić prawdami innymi niż własne. Te własne są zawsze ukryte lub zniekształcone. Prawda nie została zapisana w księdze, księga może być inspiracją i nauką, ale drogę trzeba przejść na własnych nogach. Porządek jest stanem, który trzeba ustanawiać, równowaga to stan uwagi. Prawda to najczystsza świadomość.

Teoria ciszy

Teoria ciszy - proza - kozlovsky.pisze

Jest tak wiele smaków ciszy. Cisza przed krzykiem i cisza po krzyku. Cisza kiedy już wszystko się stało. Jest cisza lęku i cisza wytchnienia. Cisza samotności chcianej albo niechcianej. Cisza przed burzą i cisza po niej. Cisza gór i nieba. Cisza czarno-biała. Chłodna i skwarna. Cisza martwa, cisza wypalona, cisza echa. Cisza przed gniewem. Cisza przed płaczem i śmiechem.

Cisza to tykanie starego zegara. W okna wpadają promienie słońca i oświetlają kurz w powietrzu. Jest cicho i nie ma nikogo. Cisza – bo jeszcze nie wiesz.

Jest martwa cisza i cisza pełna strachu. Cisza taka jak zanurzenie w głębokiej, zimnej wodzie – nagła i tłumiąca. I cisza przed skokiem w przepaść, i cisza spadania. Kiedy niczego nie było, wszystko było ciche i nieme. Jest cisza spokojnego snu, ciepłej nocy. I cisza bezsenności dusznej i złej. Cisza przegranej i cisza krzywdy. Cicha nadzieja i ciche pragnienia. Cisza pokory i dotyk dobrych rąk. W ciszy pojedynczo, bezwzględnie samotnie. Cisza złota i gęsta jak miód. Cisza pomiędzy jednym, a drugim akordem, pauza pomiędzy dźwiękami, na chwilę konieczna. Cisza zanim coś powiem, a później będę już milczeć.

Myśli potrzebują słów – cichych. Słowa kartek żółtych i kruchych. Cisza życia przysypanego śniegiem. Cisza pamięci i zapomnienia. Spokój, który przyszedł.

Cisza w kinie na koniec seansu.

 

 

Pragnienia okularnicy

Okularnica siedzi w bibliotece i marzy o wielkiej miłości, ale tu jej przecież nie znajdzie. I co z tego? Marzy się przecież wszędzie, bo te westchnienia osładzają życie. Do bibliotek przecież nie zaglądają piękni i romantyczni chłopcy – tacy jak z książek pisanych przez inne baby.

Owi chłopcy ze snu powinni być chuderlawi i wrażliwi, ale w realu bo przecież gdzieś muszą być, to chcą natychmiast zamienić swoją wątłość w twarde mięśnie. Posmakować biologicznego narcyzmu. Uspokajającego odbicia w lustrze – rosnę. A później uczucia podniecenia tym nowym refleksem zwierciadlanym.

Taka jest nowa romantyka i spocony afrodyzjak. Więc czy okularnica też ucieknie z biblioteki do siłowni by pracować nad kształtem tyłka? By robić sobie zdjęcia z metamorfozy i prężyć wypukłości do selfie? Pewnie tak. Póki co biblioteki są pustawe. Książki się kurzą. Okularnica idzie po kawę do sieciówki… może tam go spotka? W książkach tak czasami się zdarza. Za oknem ciemność, w szybie odbijają się jej psie smutne oczy w okularach. Jak tu się zbuntować, skoro jest taka niewidzialna? W tle wszystkiego i każdego.

Minęła kultura depresji i doświadczania bólu egzystencjalnego. Życie ma być proste i piękne jak tatuaże. Jak smartfon w którym jest wszystko co niezbędne do przeżycia życia. A dzielenie się uczuciami i myślami nigdy nie było tak proste. A słono ponure.

Świat jest smutny dla okularnicy. Książęta kłują dupę sterydami w siłowni i tak naprawdę mało obchodzi ich cokolwiek poza podziwem i zazdrością kolegów. Jest to prosta droga do zmian zainteresowań erotycznych tego rodzaju o którym wszyscy myślimy. Okularnica chciałaby prywatki z wolnym, lekko pijanym tańcem. Siedzenia na moście kiedy zimno znad jeziora przenika i on obejmuje. Spoglądania w oczy. Niestety w tym czasie książęta wciągają kreskę, poprawiają lufą wódy i tańczą z towarami, które towarami pragną być. Królestwo księcia to przelewy od ojca, który ma fabryki okien pcv i jest panem w branży i okolicy.
Okularnica nie ma nikogo i niczego, poza naiwnymi książkami. Ona by chciała żeby wszystko było slow motion i przy tam grało „what a wonderful world”, a on wolałby teledysk z TV – raperzy, baseny, dziwki i narkotyki. I dlatego nigdy się nie spotkają.

Okularnica chce życia w którym wszystko się pamięta – bo warto pamiętać, bo było piękne. Książę zwykle nie pamięta niczego, albo wolałby nie pamiętać.
Więc kiedyś może uschnie jak zakurzony badyl w doniczce, a po śmierci zostanie duchem biblioteki. Niegroźnym i niezauważalnym. O zmarłych zawsze można i wypada powiedzieć coś dobrego.

Coś nas w środku molestuje i zmusza byśmy pragnęli czegoś co jest kompletnie zbędne. Naiwne i głupie. Na dodatek w wielu odmianach, ale formalnie chodzi o to samo. Jak rzekł jeden taki „stajemy się niewolnikami własnych pragnień”.

 

Teoria mgły

teoria mgły - opowiadanie

W teorii mgieł jest wszystko. To wszystko o sobie jest w nicości. W paradoksie błądzenia w materii, której właściwie nie ma. Bo czy można złapać mgłę? Od gęstej niewiadomej tajemniczości rozpoczyna się wszystko, to co jest dobre i co jest złe. I pośrednie także.
We mgle giną kierunki i granice. Oczy widzą tylko trochę. Odczuwany niepokój nie wywoła krzyku, ale głębokie milczenie i nasłuchiwanie ze wszystkich sił. Odbiór każdego dźwięku, impulsu, światła, znaku, czegokolwiek.
We mgle możesz zresztą wrzeszczeć, a najgorsze jest to, że nie ma pewności, że ktoś słyszy.
Chciałem się zgubić? Czy się zgubiłem? Już zapomniałem.
Z wyciągniętymi rękoma idę przed siebie jak ślepiec – choć przecież widzę. W panice myśli nie chcę myśleć i nie chcę panikować. To jednak niemożliwe. Mgła nie ma horyzontów, żadnych kształtów, nie ma kolorów poza swoim mlecznym.
Jeśli się potknę to nie wiadomo o co, jeśli wpadnę w dziurę to jej nie zauważę przed upadkiem. Możesz błądzić. Tu nie ma drogi.
W łonie matki też nie wiedziałeś gdzie jesteś, ale tam było bezpiecznie. Musiało tak być, bo kołysząc się w mgle wód płodowych nie znałeś świadomości. Gdy rośnie życie świadomość jeszcze śpi, a ego jest jednością z mgłą.
We mgle świadomość jest otumaniona i pozbawiona bezpieczeństwa.
Mgła ma właściwości kosmosu – jego gęstość i chłód, ale nie ma jego ciemności i światła gwiazd i planet. Znika dół i góra. Nie umiemy zrozumieć nieskończoności, bo granice i linia są nam potrzebne jak łańcuch na górskiej drodze – żeby się go złapać. Nieskończoność iluzorycznie jawi się np. na oceanach – daleka i ciągła. W zagubieniu mgielnym nieskończoność jest ledwie kilka centymetrów przed oczami.
Ego jest strachem istoty, która gdy stanie się niewidzialna i nieważna, poczuje się martwa.

Każdy kształt, który wyłoni się z mgły będzie zachwycający, bo wyczekiwany. W mgielnej kuli najpierw zamkną się zmysły, a później wszystko umilknie. Nic się nie zmieni bez ciszy, bo to ona była pierwsza. Później powstał chaos. Powstał ze strachu przed ciszą. Przed nicością, przed brakiem granic i kształtów.

To czego nie znajduję jest tuż za mgłą. Starzy ludzie, którzy już nic nie widzą potrafią się naprawdę uśmiechać. Tak jak niemowlęta. Twój świat nie ma znaczenia. Ty też.
Trzeba odbierać, wygaszać i uciszać. Obca mowa jest niezrozumiała, cisza jest znana każdemu.

Wyciągam ręce we mgle, bez poszukiwania i nadziei. Teraz mogę zrozumieć i rozumiem. Nic jest we mnie, a nic jest wszystkim. W teorii mgieł, w ich niezliczoności, tylko stoję lub płynę lub… mnie nie ma. W moim wyobrażeniu i strachu o siebie muszę chłonąć mgłę. Zakryty i schowany. Sam dla siebie bez obecności. Z porzuconą świadomością, jak dziecko, które ma dopiero przyjść. Wszystko już czeka. I zło i dobro. I wszystko tak będzie.

Słowiańska dusza demoniczna

Tu stoi chłop z siekierą, bo to nie jest elegancka bijatyka dla chłopców. W naszym histogramie miewamy onirycznych chłopców lub dziarskich chamów. Siła zawsze zwycięża. To się może nie podobać, ale tak jest i tak będzie. Cham to nie pan, ale nie daj Bóg jeśli cham na Pana się wkurzy. Więc siła zawsze zwycięża i na wieki wieków.

Słowiańskość duszy czy tam konstrukcji mentalnej, wyraża się w przedziwnych miksturach. Łączy szaleństwo z romantyzmem i smutkiem, odwagę z bezmyślnością, gniew z czcią.

Demony naszej słowiańskości są jak atomy, a ich istnienia nie można zanegować. I tak, jeden słowiański atom naparza się z drugim, a wszystko w jednym slvaicznym organizmie. Naparzać się musi bo taka jest jego właściwość i energia. Sensu to nie musi mieć, a przynajmniej pozornie.

Sprzeczność to jedność, czyli Słowianie

Sam termin jest niejednoznaczny, wielokrotnie interpretowany, ale…

  1. słowo z praindoeuropejskiego *ḱlew- (słuch, sława)
  2. Sklavenoi (niewolnicy)
  3. Swój
  4. Slova (błoto)

    por. https://pl.wikipedia.org/wiki/S%C5%82owianie#Etymologia_nazwy

Oczywiście nie mogę wchodzić w polemikę naukową bo gdzież mi. Te podstawowe terminy podpowiadają mi tyle, że wszystkie są słuszne i pasują do „słowiańskiej duszy demonicznej”.

Posłuch – pewnie wynika z krewkości władców tych na początku przynajmniej. Mocny Słowianin to ten, który słyszany być chce… bo gdyby nie to siekiera (patrz wyżej). W każdym razie bardzo chcielibyśmy być słyszalni. Przeważnie się nie udaje. Ale próbować trzeba…

Niewolnicy. Tu tę teorię się kwestionuje bo łacina jedna wyparła drugą i ten niewolnik to nie niewolnik tylko slavus – czyli chłop. Trochę taka insynuacja średniowieczna może boleć? Mimo wszystko. Niemcy tak nas dalej interpretują. Ale ileż razy my Polacy popadaliśmy właśnie w niewolę? I z głupoty, i z próżności, bo mieliśmy pecha?

Wszystkie wielkie zwycięstwa i jeszcze większą dumę zawdzięczamy wyzwoleniu się z niewoli. Tak jest. Tu znów wyszedł ten zarośnięty dziad z siekierą i wyrąbał drogę i granicę.

Zawsze będziemy chcieć być wolnymi i co jakiś czas tę wolność stracimy. Bo to już jest wpisane w to kim jesteśmy.

Swój. Swój to nasz. Nasz on jest! Od nas, z nami. I to jest kolejna wielka cecha – wyraźna jak zmarszczka gniewu na czole chłopa. Swojskość ma wielką spoistość i smak. Swój nas łączy w naszym podzieleniu. To co jest sprzeczne, jest też tak samo spójne. Dla nas nie ma w tym nic dziwnego, a obcy nawet po wiadrze podlaskiego samogonu nic nie zrozumieją.

I to jest piękne – nasze niezrozumienie i sprzeczności. Tylko to smucenie się, że nas właściwie nikt nie kuma. To zbędne. I jakieś takie…

Błoto. Oczywiście chodziło o to, że na takich terenach zamieszkiwano. Z błota wyłaniamy się jak potwory. Błoto jest podwaliną naszej egzystencji. Tak nam przypadło i koniec. Ani źle, ani dobrze. Wstydzimy się tych butów brudnych. I wstyd jest dalszym słowiańskim spoiwem. Nie lubimy się. Szkoda? Można tak zapytać. Ale tak samo można żałować czegokolwiek. Niepotrzebnie.

Zawsze będziemy tacy

Skąd ta bezczelna myśl? Z mojej słowiańskiej duszy. Absolutnie jestem każdym rodzajem uwięzionego w mojej duszy demonem. I wiem, że to co wydaje się dziwne, dla mnie i dla nas jest oczywiste. Dla mnie nikt nie musi rozumieć bigosu. Dla mnie on zawsze pozostanie potrawą cudną, pomieszaną i wykraczającą poza reguły.

Bigos się odgrzewa, a każde danie odgrzewane to grzech i niesmaczność. Ale… nie słowiański bigos. W nim jest wszystko: niewola, błoto, brzydota, smak i zapach wolności. I szaleństwo.