Cisza ojca

Wbrew sobie wyglądam wzroku ojca
a jego nie ma – jeszcze nie wrócił i nie wróci
dawno jakby prawie nie istniał i tak czekam niepotrzebnie i czekam

Nie zostawił mi rad, których i tak bym przecież nie słuchał
nic mi nie powiedział z wyjątkiem kilku słów
z uśmiechem zostawił wszystko i wszystkich

W pamięci nie odzywa się, tylko uśmiecha i czeka
może na mnie?
ja zawsze czekałem na niego

Mój Bóg, mój Ojciec – milczy. Cóż dziś mógłby mi powiedzieć.
za linią nieobecności i zamkniętym końcem
wystudzonym wszystkim albo zeschłym

We wzroku ojca lśnią jasne ogniki – ciekawe i żywe
i ciche.

Studnia

W życie i w sen – jak kamień w studnię.
We śnie jest dzień. A ja śpię.
Sennik wylosuje los i życie. Na ślepo.
Puste oczodoły zaglądają w dno.
W studnię zbyt długo patrzeć – nie wolno.
Studnia wtopienia duszy.
Nasłuchuje zimnego echa.
Mnie tu nie ma.
Mnie takiego jak jestem – nie ma.
Nie oddycham.
W studni płaczu i deszczu.
Jestem duszą i studnią.
Wodą w skorupach kamieni.
Wszystko wiem i niczego nie pamiętam.

Teoria tekstury człowieka

Za mną i jakby w sobie, zmoczony ciemnym światłem, w trwaniu po następne. Nie jestem pewien czy czekam, czy wyczekuje, czy się spodziewam, czy chcę – niczego nie jestem pewien w sobie.
Tekstury dni i nocy są poszarpane i ostre – obce i niezrozumiałe. Piękno wymieszane ze strachem, jak woda z błotem.
Zanim nadejdą odpowiedzi i zanim coś się przejaśni. Płonę w swoich oczach, popieleję i niknę. Szybko jest za późno.
Wszystko jest za mną i jeszcze dalej jest w sobie i we mnie.
Odciski ludzi w mojej historii są jak poręcze schodów tak samo na górę i w dół.
Milczę, ale słowa w myśli nie milczą.
To tylko jeden człowiek – ja. Ten jeden taki dla tekstur dni i nocy bez znaczenia.

Płynie

Czas z wiekiem płynie coraz szybciej. Wczoraj szybko się zmierzcha, tak jak jutro już świta.
Jak zamknięcie i otwarcie powiek – jedno mrugnięcie. Na raz świeci słońce, na dwa jest ciemno i nic nie widać.
Kontrasty kroją czarne i białe, po połowie. Na przeszłe i nienadeszłe.
Nie wiem gdzie jestem bo czas płynie coraz szybciej. Tak jak wczoraj, tak i jutro.

Czas z wiekiem płynie… i dym znika w powietrzu. Jak papieros się kończy i gaśnie.

Moje i twoje życie znika za horyzontem – tajemne i pewne.
Za księżycem i słońcem. Za ciemnym oknem i wyglądającym ukradkiem spoza niego człowiekiem

Co się stało, a co nie? Z czasem? Nie wiem.
Milcząco płynie, choć wszystko się przemienia. Spada jak deszcz i schnie.
Wystukuje szybkie kroki na schodach. Biegnie gdzieś?
Czas niezatrzymywalny. Pracowity rzeźbiarz losów.

Ekscytacja wyborcy w Polsce

Nie sposób być obojętnym gdy w Kraju wybory. Te i inne (wcześniejsze) wyścigi o zwycięstwo w imię dobra państwowego mają być emocjami fanatycznymi i rozrywkowymi. Ich uczestnicy najlepiej gdyby zamienili się w aktywistów stron, którzy dla podbicia animuszu wciągnęli coś mocnego, zbyt mocnego. I o to chodzi szanowni – jak się nam wmawia – wyborcy.

Piszę o tym bo książka, którą sylabizuję jest właśnie o władzy – takiej bezwzględnej, prostackiej, zachłannej. Takiej władzy jaką znamy od… zawsze.

Nic nowego w tym, że głosowania są motywowane negatywnie, czyli głosuje za X żeby przegrał Y. Przegrana Y da największą satysfakcję i słodycz zwycięstwa. Problemem – niestety jakoś mgliście widocznym – jest to, że każda zmiana nie oznacza niczego specjalnego dla wyborcy. Może być trochę lepiej, albo trochę gorzej. Przez ćwierć wieku żaden obóz nie zrobił niczego istotnego w kwestii: ubezpieczeń społ, służby zdrowia, obronności i zapewne wielu innych trybów, które z mozołem kręcą istotą państwa.

Tryb wyborczy, a właściwie stan wyborczy wyborcy, to stan emocji rozgrzany tak by logika przestała się upominać o swoje. Wyznawcy krzyczą swoje „niech zdechnie X!” i lecą agitować, a właściwie naparzać się z oponentami (kimkolwiek by nie byli i jacy by nie byli). Wypominają błędy, pomyłki, wrzucają memy, co się da – byle tamtemu dojebać. Gdy zapytać dlaczego popierają tego, a nie innego, niewiele odpowiedzą, w każdym razie ogień w oczach im gaśnie. Nie chodzi bowiem o tego, który wygra, ale o tego, który przegra. Tylko to daje podnietę.

Stany wrzenia są najlepsze dla polityków. W rozgrzanej smole niby ordynacji wyborczych mogą obtaczać innych i siebie. Gdy nienawidzę tego drugiego, to już nie muszę myśleć czy „mój” zrobi coś dla mnie. Logika powinna podpowiadać właśnie taki scenariusz – dam szansę temu bo coś zrobi dla mnie. Większość wyborców nawet nie ma oczekiwań co do swojego kandydata. Większość nie ma pojęcia o tym czy „ich” kandydat ma jakieś sensowne propozycje. Większość nie wie nic. I nie chce. Chce tylko że ktoś przegrał.

Temu przegranemu nic nie będzie to po pierwsze. Po drugie wygrany zwykle zapewnia, że nie będzie jak ten poprzedni, a często bywa tak w rozliczeniu.

Władza istnieje dla władzy. Pozorność możliwości wyboru – tej niby demokracji – została zastąpiona emocjami. Ten znany od dawna duopol władzy będzie jeszcze trwać i trwać. Odejście jednego prezydenta i nadejście drugiego niczego nie zmieni. Ba, nie może niczego zmienić. Z prostej przyczyny, polski Prezydent może tyle co nic. Nie mamy ani systemu kanclerskiego jak w DE czy UK, ani prezydenckiego jak w Rosji czy Ameryce.

Ten pat zarządczy określa się jako mechanizm samokontroli. Czyli, że jak coś to się można blokować wzajemnie. Walka o klucze do Belwederu jest jednak zacięta i zaangażowana do granic.

Ani obecny ustrój nie pozwala by Prezydent mógł coś zmienić – kimkolwiek on będzie. Ani nawet ludzie – wy wyborcy – nie wiecie czego moglibyście od niego chcieć. Ale wmówiono wam, że czegoś chcieć możecie… żeby tamten przegrał .

Najlepsi synowie tej ziemi – 2020

Zatrzymując się przy samych kandydatach – wszystkich oczywiście. Jeśli oni są emanacją tego co jest najlepsze w tym kraju, to chyba powinniśmy się naprawdę martwić.

Harcerz, Bon Vivant, płaczliwy komik, zawstydzony niby narodowiec, chłop – który chce dobrze zrobić wszystkim -ale nie idzie, wesoły i histeryczny zwolennik miłości totalnej i likwidacji kopalń.

Znam postulaty wszystkich. Znam ich całkiem nieźle – patrzę na nich okiem człowieka, który chce czegoś dla siebie od nich. Tak właśnie. Nikt z nich nie może nic. I nikt niczego zrobić nie chce. Władza istnieje dla władzy.

Oczywiście my Polacy mamy zaszczepiony wstyd wewnętrzny. Nie możemy dopuszczać do tzw. obciachu, żeby na świecie o nas źle nie gadali. Po prawdzie świat ma nas gdzieś. Czy myślicie, że przeciętny Amerykanin wie cokolwiek o PL? Albo Anglik, Francuz, Szwajcar, Włoch, Hiszpan, Kanadyjczyk, Białorusin, itp. Nie, nie bardzo. Guzik ich to obchodzi – zresztą jak nas. Bo co my wiemy dajmy na to o Szwajcarii? Oprócz obiegowych opinii nt legendarnej bankowości? Nic.

Na świecie nie jest inaczej

Nie myślmy, że to tylko u nas taki folklor i szczególny wstyd (głównie dla nas tubylców). Obecnie trwa także wojna o reelekcję w USA. Inna skala rzecz jasna, ale tam też nikt nie przebiera w środkach. Zabójstwa czy napady wyborcze to jest coś co się zdarza.

A jak będzie w Rosji? 🙂 No chyba można przyjąć, że będzie tak samo… ale rozróby będą miały miejsca, a może i bardziej drastyczne zdarzenia – jak to się zdarzało.

Można nas tak kiwać

Gra w durnia to zabawa polityczna. Bardzo popularna w naszym kraju. Naszym – bo wbrew wszystkiemu – to jest NASZ KRAJ.

Nie zdziwi mnie nic. Ludzie będą zajadle głosować na swoich, czyli przeciwko PiS albo PO. Nikt nie zna nikogo poza wrogiem naszego wroga. Nie wiem dlaczego tak trudno głosować za kimś kto ma jakiś plan i wizję dla nas.

Ostatnie

Słowa to wszystko co mam. Wiązadła wnętrza z zewnętrzem, transmitery. Wyrażenia o podwyższonej temperaturze . Przykre objawy ludzi niczyich, ludzi nie należących nawet do siebie samych. Ja poza sobą, ja absolutnie, jak obcy ja.

Wyplułem, wykrzyczałem i wypłakałem wszystko. Po tym jest pustka i spokój. Właściwie jest to wspaniałe. Do pustki idziemy, więc obawa przed nicością jest samokłamstwem.

Jak każdy człowiek zostawiam za sobą bałagan. Po spaleniu zostaje popiół, kruchy i znikliwy. Rozpuszczalny w wodzie i powietrzu. Gorzki popiół, to jedyny dowód na to, że coś było. Do najbliższego podmuchu. Spalony już nic nie znaczy, nie ma żadnej właściwości i kształtu.

Uśmiecham się na końcu. Wszystko rozumiem i niczego się nie boję. Przecież skończę z lufą w ustach i krztuszeniem się ze śmiechu przed strzałem. Uśmiechnę się gdy skoczę z okna. Rozpędzę samochód i z uśmiechem spadnę w zgrzyt zgniatanej blachy. Ostatecznie zasnę w jakiejś sparaliżowanej pozie, w jakimś miejscu i jakimś czasie, z uśmiechem. Wyślę miliony uśmiechów przed.

To nie kapitulacja, to nie ucieczka, to nie… nie wiadomo co. Jakoś to sobie nazwiecie. Ten moment ciszy w której nie wiadomo co zrobić. Nawet żal i krzywda kiedyś się kończą i jest to powód do śmiechu. Ja wiem, że w gruncie rzeczy gówno to kogo obchodzi. Nie mam pretensji. To wszystko dla mnie – żebym się ciągle uśmiechał. Łobuzerskie i zarozumiałe.

Czy może to sen? Surrealistyczny i obłąkany? Spocony i suchy w gardle. Jakbym za długo krzyczał, ale przecież byłem cicho… W słowach milczących, których nikt nie chce czytać, bo nikogo nie obejdą. Uśmiecham się bezwiednie. Tak jakbym gołą stopą dotykał lodowatej tafli jeziora.

To morderstwo jest szalone. Nie będzie za nie kary. Ja – jestem mordercą i ofiarą. Słowo w słowo, słowa to wszystko co miałem.

Śmiech ponad słowami.

W twoje serce

Zajrzę jednak w twoje serce. Szczególnie dokładnie i delikatnie. I co w nim. Spojrzę.
Słono w smutku zwykłym i w tym takim nagłym. W przypomnianej nagle tęsknocie za kimś kogo nie ma, albo tęsknocie za kimś kogo nigdy nie było.

Zapamiętane radości są nad wyraz szczęśliwe w swoim czasie. I perlista radość, i cudne, mocne szczęście.
W serca atomach są wszystkie momenty. Dobre i złe. Zwykłe i szczególne zazwyczaj. Zwykłość szczególna, niezwykłość zwykła.

Tak samo się do nich jak ty uśmiecham i zamyślam. Wszystko było ważne. Nawet te drzwi zamknięte i cisza za nimi. I łyk zimnej wody. I czas który mijał, tykał niesłyszalnie. Pierwsza i ostatnia strona. Wzięty oddech i…

Położę twoje serce delikatnie na poduszce. Niech śpi. Tu obok miliardów innych serc. Patrzę na nie jak na śpiące małe dzieci. Chcę by miało dobre sny i dobre życie. Ale przecież nigdy nie bywa jedynie dobrze.
W sercu recepturze czułości i bólu znajdzie się wszystko. I czarne i białe i szare i kolorowe przecież. Tak musi być i tak będzie.
Trzeba czuć, bez czucia nie ma życia.

Metro Piekło Polis

Metropolia jest demoniczna – skupia ludzi złych i pazernych. Naszpikowanych intencjami mało szlachetnymi. Ambitnych do granic prostytucji. Sfrustrowanych ponad miarę. I muszących codziennie grać przejmujące szczęście. Co za wspaniałe miejsce dla Boruty (cudny rogacz), który chciałby wysysać przez brudną słomkę te wszystkie urojenia, złość, strach, frustracje. Mniam, mniam, ile tu syfu w tych ludziach. Smoliste, gęste, zasadnicze zło.

Nerwowy ruch w tętnicach ulic i przejść. Puls krwi metropolii jak przed wylewem do mózgu. Układ neurologiczny zalany kawą, zasypany białym proszkiem, zakrzyczany hałasem.

Szpetne, szare gmachy spoglądają na ludzi. A każdy ludź ważny, potrzebny, z ambicjami, z wyrokiem odnoszenia sukcesu. Z byciem młodym i mega mega mega perspektywicznym, że kurwa mać. Układ neurologiczny i niż atmosferyczny. Idzie ciemno, ciągnie jak przeciąg zło. Już słychać śmiech piekielny jak ryk codzienny w Metro Piekło Polis, jednej z miliarda stolic.

Czy słońce, czy deszcz, zimno albo cimno, dumnie i pysznie miastowo masowo. Wolność i energia. Kawa i bagietka za 20 peeleny, sucha z sałatą, serem i sosem kupiona – check. Autoryzacja i kupony, cyk, cyk, lubię, lubię. Dalej.

Patrzę na ludzi w przemieszczeniu, widzę i oceniam, choć mnie gówno obchodzą ich życia. Lubię sobie popatrzeć i pozastanawiać się nad nimi. Pokój ludziom dobrej woli i chuj wam w duszę. Niebo będzie wam nie dane. Dzień powszedni w Metro Piekło Polis. Brud za pazurami każdy ma i myśli nieczyste. Myśli brudne jak ścieki zatrutej Metro rzeki.

Optymizm i pesymizm nie zmienia rzeczywistości, to tylko postawa i wybór między uśmiechem, a złością. W jasnym centrum z promocjami unosi się marazm i skomlenie o coś coś jakieś coś bardziej. Nic jest jak wczoraj. W wejściu / wyjściu ciepła dmuchawa i zimno zaraz. Powierzchowne rozmowy byle gdzie, byle o czym.

Mija czas i życie w Metro Piekło Polis. Miasto się karmi starą i młodą krwią, będzie ją ssać nieskończenie. Z nowych wagonów naiwnych marzeń wysypią się kolejni użytkownicy, pracownicy i konsumenci. Ambitni i zdecydowani, a jakże znów ponad miarę i bez skrupułów szybko niedługo. Zanurzą stopy w smoliste życie. Miasto się nieśmiertelnie śmieje. Obejmuje swoich ludzi i cieszy się nimi. Patrzy na plątaninę zakomórkowanych ślepców. Uśmiechających się do obrazków idiotów.

I pamiętaj, że to święte miasto choć piekielne.

 

Teoria deszczu pamięci

Będę pamiętać to co jest teraz. Moja pamięć długa jest krótka. Szczęśliwie. Jestem szczęściarzem. Nie muszę za długo pamiętać. Może te duchy dawne rozpłyną się jak mglista niepogoda. Ile można pamiętać? Lub po co? Miejsca?

Przestałem lubić miasta w których byłem. Przestałem tęsknić za tym co było. Nie znam nowych miejsc do których chciałbym iść. Nie będąc ani tu, ani tam, jestem człowiekiem znikąd. Krainy – nigdy i nigdzie. Jednak nowe dzieje się ciągle i w każdej kropli czasu. Zapominam. Zmazuje krople z szyb.

Niepamięć jest tym co znamy jako wieczność. Wieczność jest poza czasem. Niepamięć jest wymazywaniem zapisu czasu. Dobrze jest nie pamiętać. Bo dobrze jest być wolnym i poza czasem. Co jest ważne? W pajęczynie nieporozumień – nie można stwierdzić jednoznacznie co jest ważne, a co nie. Więc… ważność jest względna i osobista.

Deszcz zdarzeń nie przeminie. Wszystko ma znaczenie i przeznaczenie. Woda spływa po szybie i skórze. Nie przenika, a jedynie moczy.

Deszcz zdarzeń jest wszystkim w czym jest zanurzona istota. Światłem, nocą, wodą, powietrzem, zimnem i ciepłem. Zanurzenie jest tylko byciem w W. Nie jest zmianą w W.

Pamięć obciąża i dociąża, spycha do przeszłości, do stanu dokonanego. Wyrywam z mojej pamięci to co w nią wrasta. Wyrywam razem z korzeniami sięgającymi mojego serca.

Dawność jest czasem martwym i smutnym – całkowicie. Dawność ludzi i miejsc. Nie ma chwil pierwszych, ani ostatnich. Nie muszę pamiętać. Krajobrazy dni i nocy mijają. Czas dociąża mnie do ziemi, do której przecież wrócę.

Pamięć? Zapominanie. Deszcz wysycha, ale przecież kiedyś wróci.

 

fot. kelly sikkema @unsplash

 

Teoria samotności

Cechą bytu jest samotność, zawarta w istnieniu. Samotność, ta szczególnie której człowiek pragnie uniknąć. Tego pozostania sam na sam z człowiekiem, którym jestem. W głębi jesteśmy najsamotniejsi i jedyni, pojedynczy.

To nie jest obawa przed lustrem aby zajrzeć samodzielnie w oczy. To może lęk przed pytaniami, które zadam sobie sam.

Lęk przed samotnością ludzką stworzył Boga i Bogów. Oto zrodzony ze strachu przed milczeniem po niemych pytaniach. Bo pytającym jest człowiek i zawsze będzie to człowiek. Odpowiedzi musi udzielić człowiek. Sobie. Zrozumieć swój sens, zrozumieć go samodzielnie i samotnie. Dla siebie. Pytania są konieczne. Odpowiedzi są trudne albo niemożliwe.

Wszystko jest najpierw samotne. W śmierci jesteśmy samotni, tak jak w narodzinach. Przychodzi ten moment w którym pozostajemy tylko my, choć nie my bo to już nie jest JA.

Bóg jest odpowiedzią na pytania bez odpowiedzi. Tym, że wszystko ma swój niezrozumiały, ale jednak ład i sens. Emanacja boskości jest konceptem bezpieczeństwa. Wyższej opieki nad istnieniem. Odpowiedzią na geometryczną samotność. Receptami z wyrobem placebo na lęki w aptece złudzeń. Pomoże? Być może. Nie zaszkodzi.

Nie ma dowodów na istnienie Bogów – poza księgami i świątyniami. W milionach lat miliony kultów. Wyraźnych i zmytych, zapomnianych i trwałych. Czczonych i wyklętych, uświęconych i przeklętych. Dla obietnicy, że bez samotności przyjdzie prawda i wszystkie odpowiedzi. Człowiek nie będzie już sam na sam. W tej swojej kuli dusznej niepewności wszystkiego. Nie będzie dzieckiem bez nauczyciela. Nie będzie błądzić bo ma drogowskazy. Równania będą się równać. Zło i dobro będą się wzajemnie znosić – tworząc obojętną, neutralną zawiesinę. Stan zerowy.

Wszystko jest i krzywe i symetryczne. I wielorako kształtne. Twórcze i powstałe z istoty. Proste może być tylko ułomne, dopasowane do miary.

Uśmierzanie niepewności jest kojące – zabiera człowieczy strach. Modlitwy ufne i oddane, to cykl kodu do wyższego, nieobecnego… nieistniejącego. W nim jednak ufność złożona i ofiarowana. Wysłana jak łza spadająca na ziemię. Naprawdę może pomóc i pomaga. W swojej samotności mówimy prawdę do posążków i malowideł. I wciąż w tym monologu pozostajemy sami, nasze prośby i modlitwy wstydliwie milkną w ciszy. To tajemnica tajemnic.