Zagubiony kurier

Zagubiony kurier

GPS wariował, kurier miał idiotyczne wrażenie, że kręci się w kółko.
„Takie zlecenia są najgorsze. Dostarczyć jedną paczkę na koniec świata. Człowiek jedzie i jedzie aż trafia na pustkowie.”

Okolica idealna by nakręcić tu jakiś horror. Po zmierzchu las nie jest romantyczny. Każda dziura na drodze podrywała kierowcę do góry co wzmagało coraz bardziej nieprzyjemne wrażenia. Wytężał oczy, nasłuchiwał… miał to idiotyczne przeczucie, że zaraz wyskoczy jakiś wilkołak albo zakrwawiony typ z siekierą.

„Jebany szef! Zawsze mnie wpakuje w takie gówno!” – wściekłość przykryła irracjonalny i dziecięcy strach.

Reflektory oświetlały drogę, w promieniach latały owady przebudzone sztucznym światłem. Nagle zagrzmiało.

„No i jeszcze burza! Pięknie kurwa.” – chyba trudno o większego pecha. Nagle rozległ się strzał… chyba strzał. Było cicho… cholera wie – no jakiś huk. Może polowanie? Jedziemy dalej. Oby tylko gdzieś trafił.
I znów strzał – głośny i wyraźny, teraz już nie miał wątpliwości.

„Zatrzymać się? Nie ma mowy. Trudno – nie dostarczy paczki! Pierdolić taką robotę!” – dodał gazu, rozległ się kolejny strzał i auto zarzuciło na bok. Po chwili poczuł jak felga łomoce.

„Guma? Może ktoś strzelał do mnie!!!” – drżącymi rękami chwycił komórkę… – „oczywiście nie ma zasięgu…”

Nagle w szybie pojawiała się zarośnięta, dzika twarz. W ręce trzymał strzelbę, która chyba jeszcze dymiła.

Kurier zesztywniał – to koniec. Prędzej czy później dostanie się do furgonetki.

Brodata twarz się uśmiechnęła. Strzelbę oparł kolbą o ziemię.

– Musiałem jakoś pana zatrzymać. Ominął pan mój dom, a paczka którą pan wiezie jest bardzo ważna.

Kurier milczał, nie wiedział czy wierzyć czy nie. Co i tak było bez znaczenia w obecnej sytuacji.

– Wiezie pan dla mnie papier… jestem pisarzem. Spokojnie – uśmiechnął się – odkładam strzelbę.

„Tak czy inaczej jeśli będzie chciał coś mi zrobić to zrobi” – kurier wysiadł z furgonetki.

– Proszę to pańska paczka. Nie wiem jak rozwiążemy sprawę koła, jednak to pan je przestrzelił.

– Oczywiście, chętnie zapłacę za naprawę – uprzejmie odpowiedział – 2000 wystarczy?

– To są jakieś żarty tak? – kurier zaczął wątpić w swoje zmysły

– Skąd. Proszę. – podał zwitek banknotów – Ja zawsze mam problem z dostawami, poza tym nie narzekam na brak pieniędzy.
Mieszkam tu sam i właściwie nie mam na co wydawać tych pieniędzy. Wszystkie moje książki są bestsellerami. Przetłumaczono je na 5 języków i wydawca… a mniejsza o to.

Kurier uśmiechnął się niepewnie – ciekawe czy to prawda, no ale kasę (i to jaką!) dał bez mrugnięcia okiem.

– Ma pan zapas?
– Słucham? – Kurier się ocknął
– Czy ma pan koło zapasowe? – doprecyzował brodaty rzekomo pisarz
– Powinienem mieć… ale poczekam ze zmianą do świtu bo w tych ciemnościach to nic z tego nie będzie.
– Zapraszam do mnie na nocleg. Dawno nie miałem gości. – uśmiechnął się prezentując równe i lśniące białe zęby.

„Może to nie jest żaden świr, a może jest…” – męczył się wewnętrznie kurier

– Nie chcę robić kłopotu…
– Nie zrobi pan – poza tym paczka powinna być dostarczona do domu, a to jeszcze kawałek drogi.

I tak szli i szli, przez te ciemności rozświetlane tylko lampką, a pisarz opowiadał o życiu na odludziu. O doskonałości ciszy i odosobnienia, o życiu w zgodzie z naturą. Lubił swoje życie – daleko od mediów, wielkich spraw, głośnych skandali, pogonią za pieniędzmi.

– Jesteśmy na miejscu – nagle jakby spod ziemi wyrosła drewniana chata. Przed nią paliły się pochodnie.

Kurier dostrzegł w krzakach błyski oczu i gardłowy pomruk.

– Słyszał to pan? – zapytał z lękiem
– To wilki. Wyczuły obcego.
– I nie boi się pan?
– Ja nie jestem obcy. Mnie nie zaatakują. – odpowiedział z uśmiechem pisarz – Proszę do środka.

Wkrótce obawy zniknęły – gospodarz podał dziczyznę i warzywa na kolację, a całość była przepijana pysznym bimbrem – też własnej roboty.

Rozmowa była jednak trochę taka dziwaczna. Może życie w samotności zmienia? Tak czy inaczej nie jest to najgorsze zakończenie beznadziejnego dnia pracy. Prawie już widniało, pisarz przysnął przy stole. Kurier nagle jakby usłyszał dziewczęcy głos… ach to ktoś śpiewa i echo niesie.

– Jaaaaaskóóóółka… czaaaaarny brylant wrzucony tu przez diabłaaaa.
Pięknie, mocny głos – jak z bajki. Tu wszystko w sumie takie baśniowe. Kurier poczuł potrzebę by odcedzić kartofelki.
Wyszedł na podwórze i zaczął zraszać zieloną trawę! Naturalnie i swobodnie. Chce się żyć!

Patrzył na to wszystko lekko pijany i oszołomiony. Uniósł wzrok i rozejrzał się dookoła. Przy szopie… stały 4 furgonetki kurierskie! To morderca! A jednak! Czyli on miał być następny! Następny i kolejny! Słyszał kilka historii o kurierach, którzy nie wrócili do bazy.

Bez zbędnego namysłu rzucił się do ucieczki i gnał jak szalony przed siebie – byle tylko gdzieś do ludzi. Płuca rzęziły i pot wyparowywał wraz z alkoholem. Jest wieś! Wpadł do pierwszego domu.

– Ludzie macie telefon? Ten pisarz za lasem to morderca!
– Spokojnie…
– No ale widziałem i by… – dyszał – byłem tam.
– Uspokój się pan! Cóż ja jestem też byłym kurierem, a teraz… cóż cała wieś to byli kurierzy.
– Ja chyba jeszcze jestem…

Rozmowę przerwał nagły mocny zaśpiew.

– Na gniazda nie zaznanie, na przeklinanie piękna!

Sołtys uśmiechnął się.

– To moja córka – i nagle sposępniał – ćwiczy do talent show, chce… do miasta.

kozlovsky.pisze

Debiutant pisarski. Piszę swoją pierwszą książkę - sensacja połączona z kryminałem. Próbuję używać słów jako plastycznego sposobu wyrażania i opisywania życia.

Dodaj komentarz

Close Menu
%d bloggers like this: