Tatar wojenny

Baza wojskowa w Ghazni / Afganistan

Pułkownik Gintowt był nie tylko dowódcą polskiego kontyngentu w Afganistanie. Był władcą tej części pustyni i dusz wojowników, których zesłano tu aby wspomogli zaprowadzanie demokracji, pokoju i stabilizacji. Tyle oficjalnie. Dla niektórych była to ważna misja, ale tych niektórych było naprawdę niewielu. Każdy miał swoje powody. W większości były one bardzo przyziemne i mało wyrafinowane czy idealistyczne. Awans, pieniądze, czasami szczeniacka chęć przeżycia przygody i tyle. Wielkie i barwne wspomnienia będą na później, na przechwałki podczas spotkań ze znajomymi i rodziną.

Porucznik Słaboń położył raport na biurku Pułkownika Gintowta. Czekał w milczeniu aż dowódca przeczyta.

– Wiesz, że to bardzo… bardzo poważna sprawa? – Gintowt pilnował tonu głosu – spokojny, powolny, bez emocji i barwy.
– Dowody są wszędzie… w uszkodzonych wozach, wycofywanym sprzęcie… być może też w rzeczach osobistych żołnierzy – odpowiedział – i jestem pewien, że nie tylko tam.
– A gdzie jeszcze?
– W trumnach – mają drugie dno i tam też ukryli przynajmniej kilka kilogramów.
– To nieprawdopodobne…
– Panie pułkowniku – powiedział z naciskiem – jeśli to wszystko się wyjdzie podczas kontroli, albo przy jakiejś innej okazji…
– Tak, to prawda – trzeba się tym zająć. – Gintowt przerwał mu i spojrzał na porucznika – Może się pan odmeldować. Dziękuje.

Słaboń stał osłupiały przez chwilę, oczekiwał czegoś więcej… ale Pułkownik milczał. Porucznik stanął na baczność i skinął głową oddając salut. 
Rzeczywiście wszystko robiło wrażenie, a konsekwencje mogły być straszne. Może nawet odwołanie całego konwoju, a z pewnością kilka osób trafi przed sąd wojskowy i później do więzienia. Afera tego kalibru nie… to nie mogło przejść bez echa.

Gintowt ponownie spojrzał na raport – 3 strony odręcznego pisma. Nazwiska, daty, miejsca, opisy. 10 osób.

Ledwo zamknęły się drzwi za porucznikiem gdy zadzwonił telefon. Podniósł słuchawkę.

– Słucham?
– Panie pułkowniku, melduję, że przyniesiono kolację.
– Ach tak – sapnął – wpuścić.

Kelner z kantyny stuknął obcasami, w rękach trzymał tacę przykrytą białą serwetą. Pułkownik nigdy jadał z żołnierzami. Nie znosił tego bratania się. Nie te czasy. Oczywiście, kiedy na święta przylatywał Minister MON, to wszyscy wspólnie i uroczyście spożywali posiłki. On niczym ojciec patrzył z dumą na swoich wojskowych synów.
Ale było w tym coś żenującego i wstrętnego gdy urzędnik, który nie miał niczego wspólnego z wojskiem przemawiał jak pierwszy wódz – ważniejszy od dowódcy misji. Rządowy nominant i namiestnik z Warszawy. Wygłaszał płomienne mowy o honorze, ojczyźnie, dumie i poświęceniu. O możliwych ofiarach, które nasi dzielni chłopcy złożą na ołtarzu demokracji. Puchł od tej swojej ważności i mądrości. Każdy kolejny i każdy poprzedni z takimi samym przerośniętym ego, które nigdy nie nadąży za intelektem. Zmieniali się co 4 lata albo i częściej. Co rozpoczął jeden to drugi zmieniał albo zatrzymywał. Każdy kochał paradować w mundurze do którego zdaniem Gintowta nie miał prawa, bo nie był żołnierzem.
Pułkownik krzywił się kiedy minister przypinał odznaczenia i wręczał awanse stojąc pod flagą na placu apelowym, gdy żołnierze misji pokojowej stali przed nim na baczność. Władza małych ludzi czyniła większymi i niestety dużo bardziej groźnymi i szkodliwymi. Przed każdym nowym trzeba było uważać. Sprawdzać kim jest, co lubi, jakie są szanse wkupienia się w łaski, z kim się kuma. W świecie wariatów schizofrenik bywa królem. Głupim i groźnym.

Gdy dochodzi się do takiego szczebla jak Gintowt można albo spokojnie czekać na emeryturę albo prężyć się i nadskakiwać ministrom i ludziom prezydenta zabiegając o generalski awans. Jak pies proszący o kość. Jedno i drugie Gintowtowi wydawało się upokarzające i wręcz żałosne. Widział wiele takich przypadków gdy starsi oficerowie płaszczyli się pomiędzy ministerstwem, a Pałacem Prezydenta. Ostatnio zdarzyło się nawet tak, że kilku awansów Prezydent nie chciał zatwierdzić. I co? I nic. Generalskie pagony leżały w rękach ludzi, którzy nie mieli pojęcia o wojsku. Kandydaci na kolejne stopnie skakali jak pajace. Polityka była brudna, bo brudni byli ludzie, którzy się nią zajmowali.

A teraz ten porucznik. Diabli go nadali… no ale zawsze taki jeden musi się trafić. Coś z nim było nie tak. Przydzielony niedawno. Młody, wyglądał na ambitnego, taki służbista. Z nikim nie trzymał. Raczej na uboczu, zimny i nijaki młody oficer. Taki porządny i wypucowany. Tacy chcą błyszczeć i wykazać się. Krystaliczni i prawi.

Wojna od zawsze była polem do zdobywania i bogacenia się. Zmieniały się czasy i środki, ale cele pozostawały te same. Afganistan dla jego mieszkańców od zawsze był obszarem napaści i inwazji obcych. Kiedyś waleczna i bohaterska Armia Czerwona chciała zmusić tę suchą ziemię do porzucenia Islamu i przyjęcia komunizmu. Nie udało się. Walki z partyzantami nie miały końca i pomimo relatywnie niedużych strat Rosjan – nie dawały właściwie żadnych rezultatów. Sprawę utrudniała zachodnia pomoc USA (i kilku innych krajów), które finansowały, dozbrajały i szkoliły świętych mężów – mudżahedinów. Mudżahedini wierzyli, że otrzymana pomoc przyszła od Boga, więc nie ma w tym żadnej ludzkiej zasługi. Niewierni powinni albo się nawrócić albo płacić podatek. Jak się okazało ćwierć wieku później nie okazali żadnej wdzięczności czy lojalności. Sprzymierzenie się z krzyżowcami albo żydami nie było do przyjęcia w Islamie.

Gdy opadł kurz spod gąsienic i kół radzieckich sił wojskowych, nastało kilka lat porzucenia tej ziemi w których jednakże próbowano z marnym skutkiem instalować pro amerykański rząd w Afganistanie.
Kiedy rozgorzały wewnętrzne walki o władzę przyniosły w efekcie wojnę domową. Tłukli się między sobą i pewnie nikt tym by się za bardzo nie przejmował gdyby nie pojawił się Bin Laden, któremu udzielono schronienia właśnie w Afganistanie. Rząd USA zażądał wydania międzynarodowego terrorysty, ten kto podniósł rękę na Amerykę staje się automatycznie wrogiem ludzkości. W 1998 kiedy odmówiono wydania Bin Ladena USA ostrzelały pociskami Tomahawk domniemane miejsca w którym mógł on się ukrywać. I był to praktycznie pierwszy oficjalny atak na ten kraj… tak rozpoczęła się wojna, która trwa i która według Gintowta będzie trwać bardzo długo. Talibowie tracili i odzyskiwali regiony konfliktu. Ich celem było zdobycie i wprowadzenie Szariatu – restrykcyjnego prawa opartego na Koranie w nowym państwie. Islamski Emirat Afganistanu.

Pułkownik rozumiał obraz sytuacji, ale po pierwsze niewielu ogarniało wszystkie zagadnienia geopolityczne, a po drugie z całą pewnością Gintowt nie należał do ludzi, którzy upatrywali w tym misję naprawy świata.

W swoim wojskowym życiu widział zbyt wiele konfliktów i wojen by mieć faktyczną wiedzę o prawdziwych powodach wzniecania każdej pożogi wojennej. Zawsze chodziło o władzę i pieniądze. Gintowt służył jako major gdy Jugosławia przestała być Jugosławią, a świat nie długo nie wiedział co począć z etnicznymi mordami. Był podpułkownikiem gdy prowadzono działania wojenne w Iraku. Gówno dały te wojny, a z pewnością nie dały niczego dobrego ludziom, którzy tam mieszkali. Ale byli tacy, którzy zyskali bardzo dużo. Pułkownik rozumiał, że nie był nikim ważnym w tym całym chaosie. Wiedział też, że nigdy nikim ważnym już pewnie się nie stanie. Był dowódcą i podkomendnym polskich wojsk działających w Sojuszu Północnoatlantyckim. Nad nim był czterogwiazdkowy generał, a nad nim Minister.
On był częścią daniny składanej przez polityków w zamian za niesprawdzalne gwarancje bezpieczeństwa. Cóż po kolejnych awansach i nowych odznaczeniach wprowadzonych na okoliczność kolejnych wojen.

No ale dość tego. Wstał i podszedł do lodówki. Wyjął z zamrażalnika butelkę polskiej wódki. Co wieczór pijał 2-3 kieliszki, nigdy więcej. Systematyczność i kontrola. Gorzki i zimny płyn był orzeźwiający i pobudzał apetyt. Lata przyzwyczajeń zrobiły swoje – nie ma na to rady. W wojsku zawsze piło się dużo wódy, odmowa nie wchodziła w rachubę, abstynencję traktowano jako chorobę lub dziwactwo. Kto nie pił był wykluczany i odstawiany do kadrowego kąta, dotyczyło to nawet kapelanów wojskowych… ha niektórzy z nich to naprawdę potrafili ostro przepijać doświadczonych generałów, którzy mieli w pijackim bilansie hektolitry wypitej gorzały.

Pułkownik ostrożnie zdjął serwetę, dania, które przyrządzał kucharz spokojnie poradziłyby sobie w dobrych restauracjach. O i proszę – tatar z łososia, drobno siekany, ale nie na papkę. Wolał wołowy ale w takich temperaturach mięso mogło się łatwo zepsuć. Kawałki awokado lekko przemieszane sosem kaparowym na bazie białego wina z odrobiną musztardy i cytryny, wymieszane z siekaną kolendrą i koperkiem. Kucharz dostanie gwiazdę Afganistanu za wzorową służbę. Wódka chyba nie za bardzo pasowała do tej potrawy ale co tam.

Pułkownik jadł tatara przegryzając bagietką. Myślał. Pojawił się nowy i poważny problem, który mógł z całą pewnością zniszczyć plan Pułkownika. Kilkanaście osób w różnych miejscach i na różnych stanowiskach, pracowali dla Pułkownika. Oczywiście lojalność zdobywa się tylko pieniędzmi. Afganistan był największym na świecie producentem narkotyków. Tak jest. Ilość heroiny, która była stąd przemycana i sprzedawana mogła naćpać cały świat… i to trzykrotnie. Działały tu profesjonalne organizacje, które zajmowały się przemytem. Byli też detaliści i pojedynczy poszukiwacze bogactwa… także wśród wojskowych, ale ich możliwości przerzutowe i handlowe były niewielkie, a ryzyko spore. Pułkownik chciał pieniędzy bo to one dawały prawdziwą wolność i władzę. Gdy już się je ma wtedy… no cóż nikt zwycięzców nie śmie osądzać. Co tam jakieś kolejne stanowiska w armii, skoro ta sytuacja dała mu możliwość by wyrwać się z tego syfu. Kiedy mógł stać się człowiekiem bogatym, wpływowym i bezkarnym. Firma – jak nazywał swój twór, była zorganizowaną strukturą, opartą na twardym zarządzaniu i bezpiecznej logistyce. Wszyscy zarabiali bardzo dobrze, wszyscy wiedzieli, że trzeba zachowywać ostrożność. Jeżeli ktoś nawalił nie mógł liczyć na wyrozumiałość. Gintowt miał pewność, że w tej układance każdy każdego będzie pilnować. Stawka była zbyt wysoka. Firma to forma doskonała, samokontrolująca się i potrafiąca wymierzyć karę za przewinienie. Nie mogło być słabych elementów.
Towar odbierano od Afgańczyków, ukrywano go w specjalnych skrytkach wozów i wyposażenia, które trafiało do naprawy do kraju. Dbało o to kilku techników na miejscu. Dalej odprawa i Żandarmeria Wojskowa, tu wojskowi celnicy mieli przykaz od przełożonego by nie sprawdzać transportowanych sprzętów i wozów. Oczywiście przełożony – także pułkownik był jednym z ludzi Gintowta. Towar trafiał do Polski, a następnie sprzedawcy – już spoza wojska zajmowali się dostarczeniem go na odpowiednie rynki w kilku krajach. Pieniądze zawsze były przekazywane w gotówce. Przy pomocy ludzi – słupów były wpłacane na konto fundacji pomagającej ofiarom wypadków wojskowych. Fundacją rządził Pułkownik. Wszystko pod kontrolą w szwajcarskim zegarku.
A teraz pierwszy poważny problem, oczywiście zawsze należy brać pod uwagę taką możliwość, że pojawi się ktoś z zewnątrz, ktoś kto zobaczy za dużo.

Dodaj komentarz

Close Menu