Miasto wkurwienia

Napiszę o mieście wkurwienia, które bulgocze wkurwieniem i genetyczną agresją… nazywam je tak bo mnie po prostu wkurwia.

Tkwię w nim niczym grzyb na ścianie i choć niszczymy i zżeramy się wzajemnie to jesteśmy od siebie zależni. Wkurwione enzymy liżą każdy metr. Umówmy się, że MIASTO wkurwienia jest tylko moim punktem wrzenia w którym mój osobisty świr ma ochotę unicestwić przynajmniej połowę planety.

Jak każdy świr (a są nas miliony) odczuwam kuksańce i pierdolnięcia od MIASTA niby strzał z paralizatora ustawionego na średni bieg. Nie tracę przytomności, ból jednak jest, a nawet czuć posmród przypiekanego mózgu. Większość mieszkańców MIASTA prawdziwie kocha to miejsce i wszystko co w nim jest… nawet jeśli tego nienawidzą. Nienawiść i miłość to dwie siostry mieszkające tutaj od zawsze – rodzina to rodzina – nie ma na to rady. Obszar MIASTA z przyległościami pomieści wszystko – co udowodniam poniżej.

Żółty jesienny liść tyle mi opowiedział.

Trawniki są rejestratorem teraźniejszości i nieodległej przeszłości. Usłane małymi butelkami po wódce (pustymi), puszkami po piwie i przemokniętą mozaiką petów. To ślad wytrwałości i zaciętości istnienia zmemłanych tubylców – właściwych dekoratorów trawników.

Tubylcy ze słowiańską melancholią w spojrzeniu przekrwionych oczu łażą pomiędzy jawą i snem… coś tu nie tak. Ich opuchnięte bordowe lica rozpromienione działaniem lub wykrzywione w pretensji kiedy działanie ustało. Tęsknią ale nie pamiętają już za czym. Może lepiej  nie pamiętać? Podnieść nastrój w czym pomoże piwo promocyjne z Lidla. Promocjo wybaw nas – od skacowanego złego poranka.

Trasy i ścieżki są wydeptane przez tych i owych, którzy się poddali albo którzy nigdy nie podjęli walki. Trafieni – zalani, leżą na dnie „miastowego” bagna, puszczając gazy. Następuje powolny wyciek metanu ludzkiej produkcji… bez kontroli. Bez nawozu nic nigdy nie wyrośnie… ale tu jest tylko sam nawóz. Może litościwie kiedyś spadnie tu coś z kosmosu i ponownie będzie rajsko, wybuchnie życie i pierwotny sens. Żółty, zgniły, jesienny liść tyle mi opowiedział.

MIASTO posiada niepoliczalną ilość neonowych i blaszanych oaz „Alkohole Świata 24h”. Cywilizacja – libacja. Zatankować można w każdej milisekundzie. Chleba, powszedniego kupmy dzisiaj. Pijane blokowiska, mieszkanka i apartamenty z dudniącą rozrywką – weekendowi królowie życia jadą po bandzie. Przyszłość jest niejasna.

Procentami umacnia się każda warstwa, biedna, średnia i dorobiona,  warstwa wyuczona. Zło w MIEŚCIE ma swobodny dostęp do każdej wyjałowionej duszy. Dowody na istnienie piekła nie są potrzebne. Dla potępieńców nie jest to aż tak oczywiste… to zastany stan od „zawsze” i na zawsze. Upojenie wlewa się krzykliwie i rozrywkowo, ekstatycznie i delirycznie, niewinnie, konwulsyjnie i po kropelce, albo głębokimi haustami.

Wszystko jest środkiem, formatem zastosowanym do ludu MIASTA. Zombie City z odkręconą nakrętką. Ręka z flaszką unosi się nad bagnem. Dla obcych ten świat byłby jak hologram humanitarnej i mentalnej katastrofy. Wszyscy są wkurwieni…

Ja wiem, że są tysiące takich miejsc…

MIASTO jak gigantyczna meduza obejmuje pochłania wszystko, zżera i wydala, poluje i zabija.

Tymczasem gdy już późno nocny wędrowiec – robotnik – kupuje: 1 bilet na autobus i małpkę wódki. Wraca i zawsze będzie wracać.

 

Close Menu