Piankowe chodaki

Piankowe chodaki

Wyrwane serce, ciśnięte na brudną podłogę. Pulsujące i obce. Kiedyś centrala życia. Serce wyprute za życia, rzucone do bolesnego wykrwawienia aż ustanie puls. Przerażające zjawisko absolutnej śmierci. Umieranie jest odpychające i smutne. Przejście do nicości,
Pozbawienie życia nieodwołalne. Koniec i kropka. Krew wymyta szmatą salową do czysta. Wyczyścić i zamazać, wypełnić kartę, przekazać, okazać.

Obchód w piankowych medycznych chodakach. Zmęczony umysł i ciało. Wszystko przeciągnięte do granic absurdu. Nafaszerowany wiadrem kawy i kilkoma kreskami kokainy – lekarz mógł walczyć o zdrowie pacjentów. Prywatnie i państwowo. Leczył i uzdrawiał. Stosował i zalecał. Stwierdzał zgon i mówił, że mu przykro. I było przykro naprawdę, przez jakąś chwilę. Lecz nie drwijcie, że zbyt krótką.

W obrzydliwych korytarzach. Wystraszonych oczach wyglądających z każdego łóżka. W zabiegowych kafelkach, w pieprzonych szklanych szafeczkach. W niemieckim płynie do dezynfekcji. Przez flasze jasnych świateł, widziałem swoje serce – jeszcze w sobie, a chwilę przed. Uzdolniony i wyuczony by wydłużać lub skracać życie. By dawać nadzieję i aby ją odbierać.

– Nie ma na to leku? Zabiegu? Ratunku?
– Nie.
– Bożeeeee!!!
– Nie jestem Bogiem. Bóg był widziany ostatnio w szpitalnej kaplicy. Proszę pielęgniarek pytać.

I piankowo drepczę. Za mną wściekłość, która przejdzie w apatię. Drepczę, nigdzie mi nie śpieszno. Idę korytarzem bez końca. Żyje życiem bez końca, aż do dnia w którym nie będzie ratunku. Ja będę żyć dłużej, a i umierać będę przyjemniej. Choć rozumiem mechanikę konwulsji ciała. Wiem gdzie urywa się ból i przeskakują jedynie ostatnie ładunki energii podrywając zwłoki. Dając straszną iluzję jednak życia. Groteskowy teatr, danse macabre.
Ja to znam, to moje życie.

Dodaj komentarz

Close Menu
%d bloggers like this: