1. Przebudzenie

1. Przebudzenie

Wyrwanie głowy i ciała z koszmaru przypomina prawie topielca, który wydostał się z topieli resztką sił by złapać w ostatniej chwili oddech. Przeżył, ale niewiele brakowało.  

Koniec litości. Przebudzenie. Senatorskie ciało było napompowane alkoholem, przesiąknięte smrodem knajp, kokainą i cholera wie czym jeszcze. Ot zwłoki, a jednak wciąż żywe i należące do Pana Senatora najjaśniejszej RP. Z naciskiem na Pana. Czy uchlany, czy nie to zawsze był Panem.

 

Telefon bardzo nieprzyjemnie katował dźwiękami nadchodzących wiadomości i powiadomień. Każdy nowy “beep” był coraz bardziej bolesny. Tortury.

Cholerna komórka rzadko zawierała wiadomości i informacje, które mogły cieszyć. Statystycznie było tak, że rozmowa albo wiadomość zawierała oczekiwania, polecenia, prośby, groźby, przypomnienia… kawał plastiku i elektroniki, który nie był niczym dobrym. Idiotyczne czasy. Kiedyś wystarczyło wyjąć wtyczkę z gniazdka telefonicznego i był spokój na długie godziny, albo i dni. Dziś… wiadomo.

 

Głowa wciąż tkwiła w niepamięci minionej nocy, jeszcze nie nadchodzą przebłyski scen, które zarejestrował jego mózg. Tych scen Senator bał się zawsze. Każdy alkoholik, czy tam pijak tak ma. Boi się tego co mógł nawywijać. Lęka się tego czego nie pamięta. Niby nie pierwszyzna, ale na takim zdechłym kacu czuł się jak na granicy paniki.

 

Rozejrzał się. Tak, to na szczęście jego mieszkanie nazywane biurem senatorskim – refundowane z wydatków parlamentarnych. Jedno pomieszczenie służyło do spotkań i dyżurów senatorskich, pozostałe były użytkowe i względnie wygodne. Sypialnia, kuchnia, łazienka. Płacił za nie pięć tysięcy ale połowę i tak odzyskiwał. Sporo ludzi z sejmu i senatu tak robiło, choć niektórzy cenili sobie “uroki” Nowego Domu Poselskiego. Pewnie kojarzyło się z internatem? Może. Niektórzy lubili kisić się jeszcze prywatnie w tym politycznym sosie. Są tacy w tej cudnej menażerii, że uroki i rozrywki tego miasta napawają ich przerażeniem. Nocami śnią, że oto błyszczą w jakiejś komisji, która podnosi temperaturę wyborców, o tym, że udzielają wywiadów dla gazet. Że w telewizjach pojawiają się jako dystyngowani eksperci od wszystkiego. Takie sny roszą się jak para w hotelowych pokoikach.

 

Senator gardził nimi. Poglądy partyjne nie miały tu znaczenia. Byli to ludzie bez fantazji i klasy, śmiertelnie szarzy i nienawistni. Połowę stanowili cwaniacy i złodzieje, druga połowa to zagubione wieśniaki, z czego część to też złodzieje i cwaniacy. Ci pierwsi byli bardziej miastowi, a drudzy ludowi. W gruncie rzeczy jeden pies. Jedni przeciw drugim. Małostkowe wojenki przyobleczone w duże słowa o Polsce.

 

Przełknął gorzką ślinę jak posmak pogardy dla tego cyrku. Senator roztarł zaklejone i przekrwione powieki. NIe było to złe życie, było owszem głupie i marne, ale w zamian wygody, pieniądze, relatywna bezkarność.

Senator podniósł się z pościeli i oparł się na rękach, zakaszlał i rozejrzał się. Jakieś straty? Garnitur pognieciony i brudny. Przyjrzał się plamom. Trochę błota… powąchał rękaw – tak błoto i trawa. Czyli gdzieś upadł. Dotknął policzków, raczej nic nie boli więc może tylko się gdzieś przewrócił. Wytarł rękawem usta – garnitur i koszula i tak do śmieci. I wtedy zobaczył czerwony ślad… ale nie była to krew… chyba nie krew. Cholera. Ostrożnie opuścił nogi na podłogę i wstał. Rozejrzał się… no nic wielkiego, rozrzucone buty i niedopita butelka Coli.

Senator wstał i wtedy zakręciło mu się w głowie i poczuł nudności. Zakrył ręką usta i runął co sił do łazienki. Uniósł klapę sedesu i zwymiotował. Przesadził… czasami przesadzał. Może nawet zbyt często jak na swój wiek i stanowisko. W pokoju histerycznie warczał telefon.

 

Podszedł na miękkich nogach do umywalki i spojrzał w lustro. Wyglądał fatalnie, dawno się tak nie załatwił jak ubiegłej nocy. Zamknął oczy. Dobrze, że jest weekend może wydobrzeje do poniedziałku. Znów spojrzał na swoją gębę… na wargach miał rozmazaną różową szminkę. Wyglądał jak pieprzony transwestyta.

 

Napił się wody z kranu i za chwilę znów puścił pawia. Lepiej. Powlókł się do salonu. Czuł się słaby, ale z doświadczenia wiedział, że za parę godzin będzie lepiej. Trzeba coś zjeść, wypić i przespać się. Na prysznic nie miał sił. Zrzucił brudne ciuchy i runął na łóżko. Musi dojść do siebie, a później będzie odszukiwać wspomnienia nocy, której kompletnie nie pamiętał.

 

Tylko jeszcze trzeba wyłączyć tą pieprzoną komórkę. Spojrzał na wyświetlacz – 3 nieodebrane od komendanta głównego. Dżizas – coś narobiłem? Ale gdyby tak było to siedziałbym na dołku… a może i nie? Z Komendantem byli w dobrej i korzystnej dla obu stron komitywie. Senator załatwił kilka ważnych spraw, a Komendant odwdzięczał się gdy Senator wpadał w… no w różne takie.

10 wiadomości… nie nie miał jeszcze na to sił. Teraz spać. Schować głowę i lęk w sen, w ucieczkę od wszystkiego co obrzydliwie delirycznie wstrząsało każdą komórka ciała. Dość. Senator śpi, chrapie i jęczy przez sen. Do pamięci wyłączonej komórki napływały kolejne wiadomości. Kiedyś…  

Dodaj komentarz

Close Menu